Tragiczny los miasteczka Johnstown, które zalane zostało 20 milionami ton wody

Nad ranem 31 maja 1889 roku Elias Unger – prezydent Pensylwańskiego Klubu Wędkarsko-Łowieckiego obudzony został przez łomoczącą o dach jego domu ulewę. Lało całą noc. Mężczyzna jeszcze dobrze nie wyrwał się z objęć Morfeusza, gdy dostarczono mu niepokojącą informację – sztuczne jezioro Conemaugh jest przepełnione, a zaniedbana, wiecznie przeciekająca tama w każdej chwili może przegrać nierówną walkę z siłami natury.

Unger czym prędzej nakazał poinformować o potencjalnym zagrożeniu mieszkańców okolicznych miejscowości. Wysłał też ekipę inżynierów, aby ocenili sytuację i spróbowali zaradzić katastrofie.
Półtorej godziny później tama runęła uwalniając 20 milionów ton wody.

Johnstown początkowo było wsią, założona w 1800 roku przez szwajcarskiego imigranta – Josepha Johnsa w miejscu, gdzie dwie niewielkie rzeczki – Stony Creek i Little Conemaugh łączą się, aby uformować znacznie potężniejszą rzekę Conemaugh. W połowie XIX wieku, kiedy Johnstown znalazło się na tasie nowo zbudowanej linii kolejowej Allegheny Portage Railroad, do wsi zaczęli zjeżdżać się Walijczycy i Niemcy.

Wkrótce mała wioska zamieniła się w aglomerację zamieszkaną przez 30 tysięcy osób. Wspaniale rozwinął się tam przemysł stalowy, a produkowane w Johnstown wyroby cenione były za swoją przednią jakość.
Powyżej usytuowanego w dolinie miasteczka, Klub Wędkarsko-Łowiecki postawił 260-metrową tamę South Fork, która to miała zapewnić dostawę wody do pobliskiego kanału Pensylwania. Skonstruowanie zapory sprawiło, że dość szybko powstał sztuczny akwen ciągnący się na pięć kilometrów wzdłuż i dwa kilometry wszerz.

Lata mijały, w międzyczasie zbudowano wspomnianą linię kolejową i okazało się, że tańszy niż utrzymanie potężnej konstrukcji i systemu kanalizacyjnego jest transport wody za pomocą specjalnych zbiorników zamontowanych na wagonach kolejowych. O zaporze jakby zupełnie zapomniano. Przeglądy techniczne konstrukcji miały miejsce raz na ruski rok, zdemontowano też rury (sprzedano je w skupie złomu), dzięki którym można było regulować poziom wody w jeziorze. Zatkano też awaryjny przelew, aby uniemożliwić rybom ucieczkę z akwenu.
Zamiast inwestować w modernizację i konserwację tamy, klub wolał stawiać domki dla miłośników wędkarstwa i budować agroturystyczne atrakcje dla przyjezdnych. Absolutnie nikt z władz miasteczka nie widział problemu w tej naturalnej bombie zegarowej wiszącej dosłownie nad głowami mieszkańców doliny.

W drugiej połowie maja 1889 roku potężna burza nawiedziła rejony Nebraski. Chmury posuwały się na wschód i już niedługo zawisły nad Johnstown. W ciągu jednej doby spadło nawet 25 cm deszczu. Do ulewy dołączył bardzo silny wiatr, który wyrywał okoliczne drzewa i zrywał dachy z domów.
Dopiero ostatniego dnia maja Elias Unger – prezydent klubu, doszedł do wniosku, że trzeba by na wszelki wypadek zapewnić bezpieczeństwo ludności Johnstown. Wysłał więc telegram, w którym opisał całą sytuację. Informacja nie została jednak dostarczona do rąk lokalnych włodarzy. Trafiła za to do kosza na śmieci. Takie fałszywe alarmy pojawiały się bowiem za każdym razem, gdy z nieba siąpił deszczyk, więc kto by się przejmował kolejnym krzykiem jakiegoś panikarza?

Tymczasem John Porke – inżynier Klubu Wędkarsko-Łowieckiego zastanawiał się czy nie wykonać nacięcia w zaporze w miejscu gdzie byłoby najmniejsze ciśnienie. To umożliwiłoby spuszczenie części wody. Z pomysłu tego jednak zrezygnował i wraz z swoją ekipą skupił się na desperackich próbach prowizorycznego wzmocnienia przedniej części tamy. Wkrótce jednak wszyscy zgodnie doszli do wniosku, że nic nie są w stanie zrobić, a los zaniedbanej przez dekady konstrukcji jest przesądzony. Unger nakazał swoim pracownikom wejść na wzniesienia położone po obu stronach zapory i czekać na nadejście nieuchronnego… Dokładnie o 15:10 tama runęła. Rozpędzona do 100 kilometrów na godzinę, licząca sobie 15 metrów wysokości i ważąca 20 milionów ton fala runęła w dół doliny. Pół godziny później po jeziorze nie było już śladu.

Po drodze żywioł zabierał ze sobą drzewa, domy i zwierzęta. Na moment jednak zatrzymał się, gdy na jego drodze wyrósł solidny, kamienny most kolejowy. Niesione przez powódź śmieci i głazy uformowały naturalną zaporę. Po siedmiu minutach, gdy nawał wody zaczął mocno napierać na przeszkodę, most uległ jej presji i z powrotem uwolnił wielką falę, która dzięki swemu chwilowemu postojowi jedynie nabrała jeszcze silniejszego pędu.

W drodze do Johstown powódź zmiotła z powierzchni ziemi małą wioskę Mineral Point. Mieszkające tam 30 rodzin poczęstowane zostały siłą uderzenia 12 tysięcy metrów sześciennych wody na sekundę. W ciągu kilku chwil po Mineral Point nie został nawet najmniejszy ślad.
Następnym punktem programu była szybka wizyta we wsi East Conemaugh. Dzięki szybkiej reakcji Johna Hessa – motorniczego, który zdawszy sobie sprawę z nadciągającej katastrofy, ruszył w stronę wioski wysyłając głośne sygnały za pomocą gwizdka lokomotywy, udało się uratować kilku obdarzonych dobrym refleksem obywateli. Reszta niestety takiego szczęścia już nie miała. Po drodze woda zabrała ze sobą kilka wagonów kolejowych i parowozów…

Przebijając się przez miejscowość Woodvale, powódź zmiotła kilkaset domów oraz… fabrykę drutu kolczastego, który teraz był dodatkową, upiorną atrakcją dla osób, które miały nieprzyjemność stać na drodze potężnego żywiołu.

Gęsta zupa złożoną z fragmentów budynków, zwłok, całych wagonów kolejowych, drzew, śmieci i długich kilometrów drutu kolczastego, wyrżnęła w Johnstown i bez trudu zmiotła miasto oraz jej mieszkańców. Na tym jednak historia się nie skończyła.

Monstrualna fala po raz kolejny zatrzymana została przez kolejowy most, który był znacznie wytrzymalszy niż poprzedni i zdołał utrzymać napierającą wodę. Ta jednak przelewała się górą tworząc za sobą rosnącą w oczach stertę drewna, kamieni, trupów oraz półżywych ludzi usiłujących wygrzebać się z tego śmietnika.

I wtedy do głosu postanowił dojść kolejny żywioł, którego nikt by się w takich warunkach się nie spodziewał. Prawdopodobnie powódź porwała ze sobą cysternę oleju, która zaczęła zalewać piętrzące się za mostem pobojowisko. To w ciągu kilku chwil zajęło się ogniem! W tej upiornej pożodze żywcem spłonęło 80 osób!

Kamienny most zatrzymał wprawdzie powódź, ale przyczynił się też do kolejnej katastrofy. Woda ruszyła w górę jednej z rzek i uderzyła w jeszcze jedno miasto.
Szacuje się, że w rezultacie zaniedbania tamy i braku wyobraźni jej właścicieli, którzy woleli inwestować w domki dla zamożnych wędkarzy, życie straciło 2209 osób, w tym 99 całych rodzin. Jedna trzecia zwłok była w tak fatalnym stanie, że nie udało się ich zidentyfikować. Zmarli zostali więc pochowani na cmentarzu zwanym Terenem Nieznanych.

To była jedna z największych amerykańskich katastrof XIX wieku. Zniszczonych lub zupełnie zmiecionych z powierzchni ziemi zostało 16 tysięcy domów, a 10 kilometrów kwadratowych miasta Johnstown zamieniło się w gruzy.

Źródła: 1, 2, 3, 4

Autor: 
-
Dział: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.