Prypeć. Miasto widmo. 30 lat po katastrofie w Czarnobylu

Do opuszczonego miasta najpierw przyszły gryzonie. Potem pojawiły się wilki, lisy, a nawet, niewidziane od setek lat, niedźwiedzie. Prypeć - niegdyś 50-tysięcznie miasto w pobliżu byłej elektrowni w Czarnobylu żyje obecnie w pełniej symbiozie z przyrodą. Wdarła się ona przez rozbite okna oraz kruszejące mury i chyba na zawsze odebrała miasto człowiekowi.

fot

Zniszczona restauracja w Prypeci (fot. Olga Muraszko)

Z dachu 16-piętrowego wieżowca panorama jest doskonała. Widać stąd lunapark, ze słynnym diabelskim młynem, którego otwarcie planowano na pierwszomajowe święto w 1986 r., a także salę widowiskową, w której już nikt nikt nie zatańczy.

Zaczyna zmierzchać.

Jesteśmy chyba jedynymi ludźmi w tym gwarnym kiedyś mieście. Podczas kilkugodzinnego zwiedzania natykamy się raptem na dwie wycieczki. Turystów, ze względu na napiętą sytuację na wschodzie Ukrainy, jest w tym roku o wiele mniej niż zwykle.

Atomowe miasteczko przyszłości

Śmierć miasteczka Prypeć nastąpiła zaledwie w wieku 16 lat. Sztandarowe dzieło sowieckich planistów, „atomowe” osiedle przyszłości, miało być ostatecznym dowodem triumfu socjalizmu nad kapitalizmem. Przynajmniej tak wygląda na filmie propagandowym z 1984 r.

W mieście dopiero co posadzono drzewa. Wszystko było czyste, odmalowane i zaplanowane według najnowszych urbanistycznych koncepcji. Ulice wytyczono tak, że nie była praktycznie potrzebna sygnalizacja świetlna, a lokalna kawiarnia cieszyła oko niebanalnym wystrojem i ciekawym radzieckim designem. W mieście nie było też ani jednego pomnika Lenina.

Jedynym problemem mieszkańców, wraz z nadejściem epoki Gorbaczowa, zwanego „mineralnym sekretarzem”, stał się brak alkoholu. Można go było kupić tylko w kilku miejscach m.in. w sklepie zwanym „mauzoleum” (bo kolejka stała jak do Lenina w Moskwie) i w „świecie dziecka”, monopolowym tuż obok sklepu z zabawkami. Nie wszyscy z zakupów wracali zadowoleni. Mimo tych niedogodności żyło się raczej znośnie.

Prypeć, jako atomowe miasteczko, było wyjątkowo dobrze zaopatrzone. Można było nawet pomyśleć, że budowa komunizmu zakończyła się tutaj pełnym sukcesem.

Wesołe miasteczka w Prypeci (fot. Olga Muraszko)

Okolice Prypeci były wręcz wymarzonym miejscem na lokalizację Elektrowni Atomowej. Pobliska rzeka dawała wodę niezbędną do chłodzenia reaktorów. Słabo zaludniony teren znajdował się w strategicznym miejscu na granicy Ukrainy i Białorusi, które zmagały się z deficytem energetycznym.

Budowa elektrowni rozpoczęła się w latach 70. XX wieku. Reaktor nr 1 uruchomiony został w roku 1977. Do 1983 stały tu już cztery atomowe bloki. Piątego i szóstego nie udało się nigdy ukończyć.

Wesołe miasteczka w Prypeci (fot. Olga Muraszko)

Sumy z Czarnobyla

W małym stawie kłębią się stada ryb. To jedna z nielicznych, poza alkoholem, atrakcji dla robotników, którzy nadal przyjeżdżają tu do pracy, zwykle na dwutygodniowe wachty. „Malowniczy” betonowy kanał położony jest tuż pomiędzy budynkiem reaktora a zakładową stołówką. Wystarczy wrzucić chleb do wody, aby rzuciło się na niego stado łakomych ryb. Przez chwile woda bulgocze jak po ataku piranii w dopływach Amazonki. Z jedną różnicą. Ryby są naprawdę wielkie. Sumy dorastają tam nawet do 4-5 metrów! Przyroda świetnie się zadomowiła nawet w okolicach dawnego reaktora atomowego.

Miejscowi robotnicy zżyli się ze zwierzętami. – Jeden sum o imieniu Giena (od nazwy popularnej rosyjskiej bajki o krokodylu) pogryzł ponoć robotnika, który chciał go pogłaskać. Giena nie lubił pieszczot. A robotnik był pijany – tłumaczy nam z przymrużeniem oka Oleg, nasz przewodnik. Ryb nikt tu prawie nie łowi. Według legend są one tak wielkie przez radioaktywny muł. Nikt w to do końca nie wierzy, ale też nikt nie chce sprawdzać.

  • Prypeć jest dziś miastem – widmem (fot. PAP/EPA)
  • Elektrownia w Czarnobylu 25 lat po katastrofie (fot. PAP/EPA)
  • Urządzenia są nadal w takim stanie jak 26 kwietnia 1986 roku (fot. PAP/EPA)
  • W szkole w Prypeci nadal leżą porzucone książki i zeszyty (fot. PAP/EPA)
  • W sali gimnastycznej już nikt nie będzie ćwiczył (fot. PAP/EPA)
  • Tyle zostało z pomieszczeń pływalni (fot. PAP/EPA)
  • To była kiedyś najlepsza kawiarnia w Prypeci (fot. PAP/EPA)
  • Z siedziby milicji w pośpiechu ewakuowano aresztantów (fot. PAP/EPA)
  • W tych blokach mieszkali pracownicy elektrowni (fot. PAP/EPA)
  • W Czarnobylu katastrofę upamiętnia pomnik (fot. PAP/EPA)
  • Przesiedlono także mieszkańców pobliskich wsi (fot. PAP/EPA)
  • 330 osób pozostało w czarnobylskiej strefie. Są wśród nich Maria i Iwan Semeniukowie ze wsi Paryszew (fot. PAP/EPA)
  • Semeniukowie próbują normalnie żyć (fot. PAP/EPA)
  • Dla mieszkańców strefy zbudowano miasto Sławutycz. W rocznicę wspominają ofiary katastrofy (fot. PAP/EPA)

W strefie Czarnobyla

Wypadek w Czarnobylu

Do wypadku w elektrowni atomowej w Czarnobylu doszło 26 kwietnia w 1986 roku o godz. 1:23 w nocy. Test turbin wymknął się spod kontroli. Reaktor zaczął się błyskawicznie przegrzewać. Nastąpiły dwa wybuchy, które stopiły pręty paliwowe i rdzeń reaktora. W górę na wysokość dwóch kilometrów uniosła się radioaktywna chmura. Skażenie równało się 100 bombom zrzuconym na Hiroszimę.

Reaktor miał być niezniszczalny.

Anatolij Aleksandrow, były prezes Akademii Nauk ZSRR mawiał, iż reaktor typu RBMK można postawić nawet na Placu Czerwonym w Moskwie. Konstrukcja była tania, potężna i dająca się zastosować do celów wojskowych. Ukraina jako republika radziecka potrzebowała energii elektrycznej. Związek Radziecki potrzebował zaś plutonu 237. Jeśli dodamy do tego indywidualne błędy, brak procedur bezpieczeństwa oraz socjalistyczne niechlujstwo to otrzymujemy gotowy przepis na katastrofę.

Strażacy przyjechali po kilkunastu minutach. Atomowy pożar szalał w najlepsze. O tym, co się dokładnie stało, nikt strażackich ekip nie poinformował. Płomieni nie dało się gasić wodą. – Nie wiedzieliśmy, że to reaktor. Nikt nam tego nie powiedział – mówili ci, którym udało się przeżyć.

„Strefa” i „artefakty”

Trzeba patrzeć, gdzie się stąpa. Budynki w Prypeci niszczeją w zastraszającym tempie. Sypie się tynk. Odpadają klepki. To niebezpieczeństwo o wiele większe niż promieniowanie, które poza kilkoma miejscami nie przekracza normy. Przemieszczając się po „strefie” (tak na to miejsce mówią przewodnicy) trzeba mieć oczy z tyłu głowy. Łatwo w coś wdepnąć, o coś zaczepić. Dużo tu poluzowanych schodków, nadkruszonych cegieł czy zbutwiałego drewna. 30-letnia ruina.

O Prypeci krąży mnóstwo legend, a przewodnicy sami te mity utrwalają. Ich opowieści w naturalny sposób czerpią z książki braci Strugackich [„Piknik na skraju drogi”], filmów Andrieja Tarkowskiego [„Stalker”] czy post-apokaliptycznych gier komputerowych [m.in. „Fallout” czy „Zew Prypeci”]. Zwykła wycieczka jest więc „ekspedycją”, a prawie każdy przedmiot – „artefaktem”. Turyści płacą za „klimat”, a przewodnicy świetnie to rozumieją. Musi być trochę „radioaktywnie”. Tak dla podgrzania atmosfery. Niektóre miejsca w strefie są nawet specjalnie „zaaranżowane”. Gabinet lekarski wygląda jakby czekał na pacjenta, a w innym budynku maski gazowe są teatralnie rozrzucone na podłodze.

Całodniowa wycieczka z Kijowa kosztuje około 110 dolarów.

– To są rzeczy, które zostały zainscenizowane już po awarii. Te przedmioty wciąż się przemieszczają: raz globus stoi na biurku nauczyciela, a dwa tygodnie później przy oknie, gdzie miał szanse na lepsze światło – czytamy na blogu Andrzeja Urbańskiego, Polaka lubiącego podróżować po czarnobylskiej strefie.

Pomnik poświęcony poległym strażakom z(fot. Olga Muraszko)

Likwidatorzy i bioroboty

W promieniu 10 km od elektrowni utworzono strefę „szczególnego zagrożenia”, a w 30 km strefę „o najwyższym stopniu skażenia”. Zlikwidowano 20 pobliskich kołchozów i wyłączono z uprawy 100 tys. hektarów ziemi.

Trzeba było teraz zabezpieczyć reaktor i ugasić nuklearny pożar. To był priorytet. Władza radziecka nie żałowała na to środków ani ludzi. Zmobilizowano wojsko, ściągnięto rezerwistów. Do walki z „niewidzialnym wrogiem” rzucono w ciągu 4 lat 600 tys. osób - tzw. likwidatorów.

Zobacz obraz na Twitterze

To było jak wojna. Śmigłowce Mi-8 i Mi-26 latały prawie bez przerwy. Reaktor zasypywano tonami boru, dolomitu, glinu i ołowiu. Kursy odbywały się non-stop. Pierwszego dnia po wybuchu – ponad 100 razy, drugiego – 300 razy. Nikt nie martwił się o ludzi. Piloci szybo odczuli skutki gigantycznej radiacji: słabli, wymiotowali oraz mdleli. Topowe objawy choroby popromiennej. Wielu z nich nie przeżyło akcji lub zmarło niebawem.

Głównym zadaniem było wybudowanie tzw. „sarkofagu” – czyli betonowo-ołowianego zabezpieczenia reaktora. Wszystko inne schodziło na dalszy plan. Piętrzyły się problemy. Bezskutecznie próbowano m.in. usunąć porozrzucane po całym terenie elektrowni radioaktywne pręty paliwowe. Rosyjskie, japońskie czy zachodnie roboty zawodziły. Elektroniczny sprzęt nie wytrzymywał zbyt dużego promieniowania i wariował.

Zobacz obraz na Twitterze

Rozwiązano to w radziecki sposób.

– Wieloma urządzeniami nie da się sterować zdalnie, musieliśmy posłać żołnierzy – twierdziło dowództwo. Miejsce robotów zajęli więc żołnierze Armii Czerwonej. Dowodził nimi gen. Nikołaj Tarakonow. – Towarzysze, ja tam byłem dwa dni temu i mówię wam, że to nic strasznego – zagrzewał żołnierzy.

Zaczęło się uprzątanie dachu elektrowni.

Żołnierze, zwani biorobotami, ubrani jedynie w ołowiane fartuchy i rękawice przez dwadzieścia dni uprzątali dach reaktora. Promieniowanie wynosiło tam od 10 do 12 tysięcy rentgenów na godzinę. Wystarczające, aby zabić w kilka minut.

„Likwidację” skutków wybuchu oficjalnie zakończono w październiku 1986 r. Na sarkofagu dumnie zatrzepotała czerwona flaga, „jak na budynku Reichstagu w 1945 roku”. Nie był to jednak żaden triumf.

Blok nr. 4 (fot. Olga Muraszko)

Strefa Zero

Po 30 latach ta budowana z takim poświeceniem konstrukcja ledwo się trzyma. Obok powstaje tzw. Arka – kopuła, która już w 2017 roku ma „przykryć” elektrownię i na jakieś 100 lat ukryć radioaktywne zagrożenie. Czas goni. Na wybudowanym z takim wysiłkiem sarkofagu pojawiły się już spękania. Eksperci obawiają się, że prowizoryczne zabezpieczenie nie wytrzyma, a umieszczone w sarkofagu 185 ton wysoce radioaktywnego paliwa znowu spowoduje katastrofę. W strefie sypie się już wszystko.

Stalkerzy

– Wystarczy, że pęknie jedna szyba, a potem się zaczyna – mówi Oleg, nasz przewodnik po „Zonie”.

Wiatr, mróz, powietrze zamienią każde miejsce w ruinę. Cegła po cegle. Klepka po klepce. Przyroda jest cierpliwa. Widać to świetnie na przykładzie miejskiego basenu. – Dopóki pływalnia była zamknięta, to wszystko jakoś się jeszcze trzymało. – Zaczęło się od jakiegoś turysty, który zbił szybę – macha z irytacją Oleg.

Po pustych korytarzach hula wiatr. Czego nie skończy przyroda, dokończyli „Stalkerzy”, czyli okoliczni złomiarze i szabrownicy. Czasem można się natknąć na ich kryjówki. Zdradzają ich paczki po fajkach lub puste „małpki” po wódce. Zabrano kosztowności, powyrywano kable. Wszystko, co ma jakąkolwiek wartość.

Widok z wieżowca w Prypeci (fot. Olga Muraszko)

30 lat po katastrofie strefa wokół elektrowni wciąż zamknięta dla ludzi. To królestwo przyrody.

– Częściej można tu spotkać wilka niż człowieka – mówi jeden przewodników oprowadzający czarnobylskie wycieczki.

Do opuszczonej przez człowieka strefy najpierw przyszły gryzonie. Te zwabiły drapieżniki i inne zwierzęta. Przyroda odzyskiwała utracony przez człowieka teren. Zadomowiły się tu świetnie watahy wilków i stada jeleni. Są nawet konie Przewalskiego, a także żubry i niedźwiedzie brunatne, niewidziane na tych terenach od kilkuset lat.

Zobacz obraz na Twitterze

Wracają też ludzie.

Po katastrofie z okolic Czarnobyla wysiedlono ponad 100 tys. osób. Obecnie przebywa tam 2-3 tys. ludzi, budowlańców lub robotników obsługujących elektrownię, oraz tzw. „samosiołów” – ludzi, którzy samowolnie powrócili do swych domów. Są to przeważnie osoby starsze, które nie odnalazły się w innych częściach Ukrainy, zapomniane i niepotrzebne. Teraz mieszkają w opustoszałych wsiach i żywią się tym co sami mogą wyhodować. Przez władze strefy są tolerowani. Bo i co z nimi zrobić.

Wciąż nieznane są faktyczne skutki katastrofy. Te przez lata okrywane były skrzętnie przez sowieckie władze. Oficjalnie mówi się o ponad 30 śmiertelnych ofiarach wybuchu. Poszkodowanych jest jednak znacznie więcej. Szacuje się, że spośród około 600 tys. osób, które zajmowały się likwidacją, 180 tys. już zmarło. Zabijały ich choroby narządów wewnętrznych i nowotwory.

Skażone zostały też olbrzymie tereny Białorusi i Ukrainy. A radioaktywna chmura dotarła do każdego zakamarka Europy. Katastrofa podważyła też wiarygodność energetyki atomowej na całym świecie i na lata zahamowały jej rozwój.

Autor: 
Piotr Chałubiński
Źródło: 

TVP

Dział: 
video: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.