Anna Herbich o rzezi wołyńskiej: znam tylko jeden akt ludobójstwa, który to przypomina

Reklama

pt., 08/17/2018 - 18:06 -- koscielniakk

Anna Herbich, autorka książki "Dziewczyny z Wołynia", rozmawiała z kobietami, które przeżyły wołyńską rzeź. - Jedna z moich rozmówczyń wróciła po wojnie na Wołyń. Pytała ukraińskich sąsiadów: "jak mogliście robić coś takiego?". Zawsze odpowiadali jej głuchym milczeniem - mówi. Autorka w rozmowie z Onetem zaznacza, że "w historii zna tylko jeden akt ludobójstwa, który to przypomina".

 

 

 

  • Dziś mija 75 lat od "krwawej niedzieli". - Tego dnia ludobójstwo na Polakach z Wołynia osiągnęło apogeum - mówi Anna Herbich
  • Przypomina, że skala okrucieństwa była niebywała. - Cywilów - w tym kobiety i dzieci - zabijano przy pomocy siekier, motyk, noży, pił i cepów. Topiono w studniach i przeżynano piłami - mówi
  • - Łzy (w czasie rozmów z bohaterkami książki) same leciały po policzkach. Przyznaję, że spośród wszystkich moich książek, tę pisało mi się najtrudniej - zaznacza autorka
  • Zdradza także, jak kobiety, które przeżyły wołyńską rzeź, zareagowały na film Wojciecha Smarzowskiego. - To kamień milowy w walce o wprowadzenie cierpienia Wołyniaków do zbiorowej pamięci historycznej Polaków - tłumaczy.

Rozmawiamy w rocznicę "krwawej niedzieli"...

Tak. To był czarny dzień w historii Wołynia i Polski. Trudno objąć umysłem to, co się wówczas stało.

11 lipca 1943 dokonano ataku na 99 polskich miejscowości. To był najstraszniejszy z tych strasznych dni?

Tego dnia ludobójstwo na Polakach z Wołynia osiągnęło apogeum. Polskie wsie na tym terenie stanęły w płomieniach. Jedna z bohaterek mojej książki przeżyła masakrę w kościele w Kisielinie. Była wtedy małą dziewczynką. Sotnia (pododdział UPA) wtargnęła do kościoła i z niebywałym okrucieństwem zaczęła mordować modlących się w świątyni Polaków. Jej ojciec został postrzelony, kiedy próbował uciekać z nią na rękach. Upadła razem z nim. Była w szoku. Jakiś dobry człowiek wziął ją za rękę i zaprowadził na zakrystię, gdzie garstka Polaków broniła się przed zaciekle szturmującymi upowcami. Cudem przeżyła.

Alfreda Magdziak, jedna z pani rozmówczyń, mówi: "Nie, to nie byli ludzie. To były jakieś diabły". Skala okrucieństwa, jaka spotkała Polaków, wydaje się nieporównywalna z niczym innym.

To, co się stało na Wołyniu, może służyć za symbol wszystkich ludobójstw i rzezi, będących skutkiem nacjonalistycznej nienawiści. Z drugiej strony rzeczywiście metody użyte przez oprawców były wyjątkowo bestialskie. Cywilów - w tym kobiety i dzieci - zabijano przy pomocy siekier, motyk, noży, pił i cepów. Topiono w studniach i przeżynano piłami. W historii znam tylko jeden akt ludobójstwa, który to przypomina. To oczywiście masakra Tutsi dokonana przez członków plemienia Hutu w Rwandzie. Tam ludzie ginęli od ciosów maczet.

Pani Alfreda, o której Pan wspomniał, ocalała w nieprawdopodobnych okolicznościach. Kiedy oprawcy prowadzili ją i jej rodzinę na miejsce egzekucji skorzystała z chwili nieuwagi jednego z upowców i schowała się za płotem. Przeleżała tam cały dzień, będąc świadkiem mordu na jej rodzinie. Jej opowieść mrozi krew w żyłach.

Anna Herbich: wielu Ukraińców zachowało człowieczeństwo

Co panią zmroziło najbardziej w tych opowieściach? Ja przyznam, że przeraziła mnie lekkość, z jaką oprawcy zabijali dzieci. Pani bohaterki miały wówczas kilka, najwyżej kilkanaście, lat. Dla oprawców nie miało to żadnego znaczenia.

W trakcie pogromów część polskich dzieci wymykała się oprawcom i ukrywała w łanach zboża. Wieczorem ukraińscy sąsiedzi metodycznie przeczesywali pola i zabijali te biedne dzieci. Jedna z bohaterek książki, pani Zofia Szwal, kiedy po wojnie wróciła na Wołyń, zapytała o to swoich ukraińskich sąsiadów. "Jak mogliście robić coś takiego?" - pytała. Zawsze odpowiadali jej głuchym milczeniem. Kolejna z bohaterek została przez upowca dwa razy postrzelona. Raz w płuco, raz w udo. Należy jednak podkreślić, że nie wszyscy Ukraińcy brali udział w tym obłędzie. Wielu z nich zachowało swoje człowieczeństwo. Starali się pomagać Polakom. Ratować ich. Jedną z bohaterek "Dziewczyn z Wołynia" Helenę Ciszak ukryła w domu ukraińska sąsiadka. Ta dobra kobieta ryzykowała wszystkim. Gdyby prawda wyszła na jaw, upowcy zamordowaliby ją i jej całą rodzinę. Inną bohaterkę w dniu pogromu do swojego domu przygarnął Ukrainiec i schował ją w piwnicy.

Bohaterki książki podkreślają, że Wołyń nie skończył się dla nich w 1943 czy 1944 roku...

W dzisiejszych czasach, kiedy dziecko jest świadkiem tragedii albo traci rodziców, zapewniany jest mu sztab psychologów. Sieroty z Wołynia nie miały takiego wsparcia. Wprawdzie w Galicji Wschodniej działały agendy Rady Głównej Opiekuńczej, ale nie były one w stanie udzielić pomocy wszystkim potrzebującym. W efekcie wołyńskie sieroty zostały pozostawione same sobie. Trafiały do sierocińców albo do przypadkowych rodzin, które często źle je traktowały. Sieroty same musiały poradzić sobie z traumą. Konsekwencje tego czują do dziś. Jedna z bohaterek opowiadała mi, że jeszcze wiele lat po wojnie obsesyjnie szorowała dłonie, bo czuła na nich zapach krwi swojej matki, która została zamordowana na jej oczach. Inna pani opowiadała, że bała się powrotów do pustego mieszkania. Bała się, że morderca z nożem czai się pod wanną.

Spośród wszystkich moich książek, tę pisało mi się najtrudniej

Anna Herbich

Czy pani płakała razem z tymi kobietami podczas rozmów?

Łzy same leciały po policzkach. Przyznaję, że spośród wszystkich moich książek, tę pisało mi się najtrudniej.

A czy któreś ze wspomnień pani bohaterek było na tyle przerażające, że zdecydowała się pani go nie umieszczać?

Nie. Jestem przeciwniczką wszelkiej cenzury. Idea moich książek polega właśnie na tym, by przedstawiać całą, nagą prawdę. Bez retuszu, upiększeń. Bez taryfy ulgowej. Uspokajam jednak - "Dziewczyny z Wołynia" to nie jest jedno wielkie pasmo mordów i okrucieństw. To także wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. Magicznej kresowej krainy, jaką przed wojną był Wołyń. Wiśniowych sadów, uli dających pyszny miód, tajemniczego Bugu, nad którym bohaterki tańczyły i paliły ogniska w noc świętojańską. O tym wszystkim również opowiadają dziewczyny z Wołynia. To nie tylko książka o wielkiej tragedii. To również książka o szczęściu, miłości i nadziei. A także o wielkim zwycięstwie. Bo przecież banderowcy chcieli zamordować wszystkich Polaków z Wołynia. A te panie przecież żyją.

Rozmówczynie często odnoszą się do filmu "Wołyń". Chyba można powiedzieć, że Wojciech Smarzowski zrobił w tej sprawie więcej niż niejeden historyk czy polityk.

"Wołyń" Smarzowskiego to kamień milowy w walce o wprowadzenie cierpienia Wołyniaków do zbiorowej pamięci historycznej Polaków. W kinach - i ostatnio w telewizji - film obejrzały miliony widzów. Badania opinii publicznej pokazują, że o ile jeszcze dziesięć lat temu o ludobójstwie Polaków dokonanym przez UPA mało kto słyszał, to obecnie wiedzą o nim niemal wszyscy. "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego to naprawdę świetny, uczciwie zrobiony film. Proszę zwrócić uwagę, że jego główną bohaterką jest również kobieta. Młoda dziewczyna, która toczy heroiczny bój o uratowanie swojego dziecka.

 

 

 

"Wołyń" to wciąż niezagojona rana na polskiej duszy. To widać w opowieści bohaterek książki. Można odnieść wrażenie, że ofiary tej rzezi są traktowane jak ofiary drugiej kategorii. Dlaczego tak się wciąż dzieje?

Rzeczywiście, przez wiele lat elity polityczne III RP składały pamięć ofiarach Wołynia na ołtarzu dobrych relacji z Ukrainą. Sojusz z Ukrainą jest oczywiście bardzo ważny, ale Polska moim zdaniem ma jednak pewne obowiązki wobec ludzi, którzy zostali skazani na eksterminację tylko dlatego, że byli Polakami. To trudny dylemat, jak pogodzić ze sobą te dwie sprawy. Przez wiele lat Wołyniacy byli bardzo rozgoryczeni brakiem zainteresowania ze strony władz i opinii publicznej. Całe szczęście to się zmienia. Prezydent Andrzej Duda, kilka dni temu podczas wizyty na Wołyniu, jasno powiedział, że to, co się stało przed 75 laty, było ludobójstwem.

Jak dziś możemy pomóc "Dziewczynom z Wołynia", ale i innym osobom, które przetrwały tę rzeź. Ze słów książki płynie komunikat: "walczymy przede wszystkim o pamięć".

Wszystkie panie, z którymi rozmawiałam, mówią, że misją ich życia jest dawanie świadectwa. O cierpieniu własnym, bliskich, rodaków. To, co możemy zrobić, to słuchać ocalałych, spisywać, nagrywać ich wspomnienia. Tak, aby zachować tę wiedzę dla przyszłych pokoleń Polaków.

Rzeź wołyńska to ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich (często przy wsparciu miejscowej ludności z Ukrainy) wobec Polaków. Zbrodnie dokonane w okresie od lutego 1943 do lutego 1945 roku pochłonęły życie kilkudziesięciu tysięcy Polaków. Historycy najczęściej mówią o ok. 50-60 tys. polskich ofiar. Krwawa niedziela na Wołyniu, która miała miejsce 11 lipca 1943 roku, była punktem kulminacyjnym rzezi wołyńskiej. Tego dnia, jak podaje Grzegorz Motyka, zaatakowano w 99 miejscowościach. W całym lipcu 1943 celem napadów stało się 520 wsi i osad, zamordowanych zostało około 10-11 tysięcy Polaków. Anna Herbich jest dziennikarką i reportażystką. W swoich książkach pisze o kobiecych doświadczenia w najnowszej historii Polski. Wcześniej napisała m.in. "Dziewczyny z Powstania", "Dziewczyny z Syberii" i "Dziewczyny z Solidarności". Jak jednak przyznaje w rozmowie z Onetem, to o Wołyniu pisało się jej najtrudniej.

 

 

 

 

Autor: 
---------------------
Źródło: 

Onet

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama