Jak można było przetrwać rzeź wołyńską? Tym Polakom się to udało

Reklama

pt., 08/17/2018 - 18:32 -- koscielniakk

Kiedy pogrążoną we śnie wieś otaczał tłum uzbrojonych i zdeterminowanych oprawców, mieszkańcy mieli niewiele czasu. Zaraz rozlegały się pierwsze strzały i rozdzierające ciemność krzyki. Jeśli chcieli przeżyć, musieli działać natychmiast. Ci ludzie zdołali ocalić życie i ujść cało z rzezi wołyńskiej. Jak to zrobili?

 

 

 

  • W niektórych miejscowościach, na wieść o ponawianych napaściach na Polaków, zaczęto się organizować
  • Dowódcy samoobrony zorganizowali system alarmowy, patrole i warty, które nocami czuwały na obrzeżach wsi
  • Zdecydowana większość kresowych polskich wsi nie broniła się jednak przed atakami, a mieszkańcy padali ofiarą brutalnych napaści

To była najważniejsza niedzielna msza, suma. Zawsze wówczas znajdowało się w kościołach najwięcej wiernych. 11 lipca 1943 roku ten fakt postanowili wykorzystać ukraińscy nacjonaliści, atakując polskie świątynie na Wołyniu, w tym tą w Kisielinie. W miejscowości jednak nie wszystko poszło po myśli napastników. Uzbrojeni Ukraińcy czekali pod kościołem, aż ludzie zaczną wychodzić z mszy, wprost pod lufy ich karabinów, tymczasem ktoś zauważył podstęp i zaalarmował wiernych. Zamiast wystawiać się na strzał, część osób cofnęła się do wnętrza i uciekła na połączoną z kościołem plebanię.

Wśród osób, które schroniły się w tym budynku znajdowali się rodzice kompozytora Krzesimira Dębskiego: osiemnastoletnia Aniela Sławińska i dwudziestojednoletni Włodzimierz Sławosz Dębski. Kilka miesięcy wcześniej mężczyzna oświadczył się swojej sympatii, jednak ta odrzuciła propozycję małżeństwa uznając, że jest zbyt młoda. Kiedy jednak znaleźli się w obleganej przez ukraińskich nacjonalistów plebanii, ojciec kompozytora ponowił propozycję. Tym razem został przyjęty, choć ani on, ani świeżo upieczona narzeczona nie mogli mieć pewności, że przeżyją noc.

Polacy ukryci na plebanii nie zamierzali się poddać i stawiali odpór atakującym. Granaty wrzucane przez okna natychmiast odrzucali. Gdy napastnicy próbowali dostać się do środka po drabinie przystawionej do okna, rzucali w nich cegłami. Kiedy podpalone zostały drzwi odgradzające Polaków od atakujących, gaszono je moczem, byle nie osłabły i powstrzymały morderców.

Obroną dowodził Włodzimierz Sławosz Dębski, który ledwo wywinął się wówczas śmierci – został poważnie ranny w nogę i gdyby nie to, że przyszła żona robiła mu prowizoryczne opatrunki, wykrwawiłby się na łóżku należącym do księdza. Po kilkunastu godzinach atakujący odeszli, a broniącym się Polakom ukazał się straszliwy widok. 80 osób zginęło, jednak im udało się przetrwać.

Sól w oku

W niektórych miejscowościach, na wieść o ponawianych napaściach na Polaków, zaczęto się organizować. Wśród takich ośrodków oporu znalazły się Zasmyki. W tej osadzie było około stu polskich gospodarstw. Mężczyźni zaczęli wyciągać dawno ukrytą broń i tworzyć samoobronę. Skąd w samym środku okupacji wzięli karabiny? Część pochodziła jeszcze z kampanii wrześniowej, inne dostały się w ręce chłopów, gdy Sowieci w panice cofali się po napaści Trzeciej Rzeszy na ZSRR. Zapobiegliwi gospodarze ukrywali te kłopotliwe fanty, zabezpieczając je przed wilgocią. W 1943 roku wydobyli je ze schowków i doprowadzili do stanu używalności.

Jak wspomina mieszkanka Zasmyk, urodzona w 1927 roku Janina Wójcik, w książce Anny Herbich "Dziewczyny z Wołynia":

"Dowódcy samoobrony zorganizowali system alarmowy, patrole i warty, które nocami czuwały na obrzeżach wsi. Dzięki temu nie musieliśmy spać w zbożu lub lesie, jak czyniła to ludność wielu innych polskich miejscowości. W Zasmykach trwały intensywne szkolenia, samoobrona zwiększała szeregi. Nawiązano kontakt z Kedywem. W efekcie wieś zamieniła się w twierdzę. Dla banderowców – trudny orzech do zgryzienia".

Na wieść o prężnie działającej samoobronie, do Zasmyków zaczęli ściągać Polacy z innych narażonych na atak lub już napadniętych miejscowości. W gospodarstwie należącym do rodziny Janiny Wójcik koczowało około 60 osób. Wieś odpierała kolejne ataki z pomocą oddziału Władysława Czermińskiego "Jastrzębia".

Żołnierze Armii Krajowej stosowali ciekawą taktykę – tak poruszali się po terenach okalających Zasmyki, by Ukraińcom wydawało się, że w okolicy stacjonują znacznie większe polskie siły. W międzyczasie intensywnie szkolili młodych ludzi do walki. Zaprawiony w boju i dobrze przygotowany oddział "Jastrzębia" wkrótce miał się stać częścią 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Wieś zniszczona została dopiero po ataku Niemców, którzy obawiali się uzbrojonych Polaków na tyłach frontu i napadli na Zasmyki w porozumieniu z UPA.

Czy strzelą do trupa żeby upewnić się, że nie żyje?

Matka Józefy Bryg miała przeczucie. Nie chciała nocować już w piwnicy; uznała, że nie jest to bezpieczne. Na wieść, że do wsi zbliżają się ukraińscy nacjonaliści zabrała dzieci i popędziła do Podkamienia, do klasztoru dominikanów, gdzie przebywał spory tłum uchodźców. Niestety intuicja ją zawiodła i to właśnie tam doszło do pogromu.

Napastnicy z UPA odsiali Ukraińców i pozwolili im odejść, po czym rozstawili karabin maszynowy i zaczęli strzelać. Najpierw do Żydów, później do Polaków. Wreszcie serię wymierzono też w rodzinę Józefy.

Dziewczynka, która miała wówczas zaledwie pięć lat, padła przygnieciona ciałem swojej matki jeszcze przed chwilą trzymającej ją w chuście na plecach. Jej ojciec nie zginął od razu, tylko ciężko ranny jęczał coraz głośniej. Oprawcy po chwili podeszli do niego i dobili go pojedynczym strzałem w głowę. Dziewczynki nie tknęli, sądząc że już nie żyje. Janina jednak tylko udawała. Jak możemy przeczytać w jej relacji, którą przekazała Annie Herbich:

"Kula trafiła w głowę. Uchem i ustami buchnęła gęsta krew, zalewając mu całą twarz. Schowałam się głębiej pod futro mamusi. Leżałam nieruchomo, udając trupa. Spod ciała mamy wystawała mi jedna noga. Bałam się zmienić pozycję, bo wydawało mi się, że banderowcy zapamiętali pozycję mojego ciała. Jeżeli zobaczą, że coś się zmieniło, zorientują się, że żyję, i mnie zamordują".

Spod ciała matki wypełzła po kilku godzinach, gdy była pewna, że ukraińscy nacjonaliści odeszli. Zaczęła w szoku błagać głośno martwą matkę, by ta wstała i z nią uciekała. Jej krzyki dotarły do uszu dwóch napastników znajdujących się jeszcze w pobliżu. Czym prędzej wrócili oni do miejsca, gdzie leżała Janina.

Dziewczynka zdążyła wcisnąć się znowu pod ciało matki i ułożyć w pozycji takiej jak wcześniej. Mordercy zaczęli dobijać rannych. Gdy doszli do miejsca, w którym leżała, jeden z nich stwierdził, że szkoda naboju na ponowny strzał do niej, bo już nie żyje. Jak się okazało, przeżyć zdołał także brat Janiny, również osłonięty przez trupy.

Dla wielu ludzi pojawienie się uzbrojonych nacjonalistów oznaczało straszliwy koniec. Zdecydowana większość kresowych polskich wsi nie broniła się przed atakami, a ich mieszkańcy padali ofiarą brutalnych napaści. Ci, którzy przeżyli, zawdzięczali to swojemu sprytowi, zapobiegliwości, czy pomocy ukraińskich sąsiadów, którzy w porę ostrzegali przed niebezpieczeństwem. Najczęściej jednak odpowiedzialne za przetrwanie były nie wiara, czy rozum, a zwyczajny łut szczęścia, który pozwalał przemknąć bezszelestnie, ukryć się w kępie krzaków, czy pozostać niezauważonym, choć morderca stał o krok dalej.

Niezwykłe historie kobiet, które przetrwały rzeź opowiedziała w swojej najnowszej książce "Dziewczyny z Wołynia" Anna Herbich. 

Aleksandra Zaprutko-Janicka - Krakowska historyczka i publicystka, współzałożycielka "Ciekawostek historycznych". Autorka ponad 200 artykułów popularnonaukowych. Autorka "Okupacji od kuchni" i "Piękna bez konserwantów". W 2017 roku ukazała się jej najnowsza książka "Dwudziestolecie od kuchni. Kulinarna historia przedwojennej Polski".

 

 

Autor: 
---------------------
Źródło: 

Onet

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama