Litewscy kolaboranci podobnie jak Bnaderowcy bestialsko wymordowali pod Wilnem 70 tys. Żydów i Polaków

„Ach, a ten co robi?!!! Ten tam, obok, o czterdzieści kroków, nie dalej, w czarnym mundurze! Co on chce zro… Rozkraczył nogi koło słupa, stanął ukosem, zamachnął się dwiema rękami… Sekunda jeszcze… Co on ma w ręku?! Co on ma w tych rękach?!!! Na rany Jezusa Chrystusa! Na rany Boga! Coś wielkiego, coś strasznie strasznego!!! Zamachnął się i – bęc głową dziecka o słup telegraficzny!… Aaaa! Aaa! Aaa! – zakrakał ktoś koło mnie, kto taki – nie wiem. A w niebie… nie w niebie, a na tle tylko nieba, zadrgały od uderzenia przewody drutów telegraficznych”.

„Ten oszalały kompletnie policjant chwyta Żydówkę za prawą nogę i usiłuje wlec ją pomiędzy szynami, cały zgięty, z gębą tak przekrzywioną jakby ciętą na ukos szablą, dokąd?! Po co?! Nogi kobiecie się rozstawiają, lewa zaczepia za szynę, spódnica zjeżdża do pasa, odsłaniając szare z brudu majtki, a dziecko łapie włóczące się po kamieniach włosy matki i ciągnie je ku sobie i nie słychać, a widać jak wyje: »Mammme!«… Z ust wleczonej kobiety bucha teraz krew… Gęsta ściana mundurów zasłania na chwilę widok… A później jakiś Łotysz podniósł kolbę nad zwichrzonymi włoskami, uwiązanymi w ciemieniu kawałkiem łachmanka w kokardkę i… zamknąłem oczy”.

To fragmenty tekstu „Ponary-Baza”, opublikowanego w 1945 r. na łamach „Orła Białego”. Zdaniem Czesława Miłosza – i trudno nie zgodzić się z opinią poety – jest to najbardziej wstrząsające, a jednocześnie najbardziej prawdziwe świadectwo Zagłady w całej światowej literaturze.

Jego autorem był Józef Mackiewicz, który w październiku 1943 r. pojechał na Ponary, by odwiedzić znajomego. I przypadkowo stał się świadkiem masakry transportu Żydów, który przyjechał na miejsce kaźni. Na bocznicy kolejowej wybuchła panika, dlatego też oprawcy wymordowali swoje ofiary od razu przy pociągu, na oczach świadków. A nie – jak to mieli w zwyczaju – nad pobliskimi dołami śmierci.

To właśnie Mackiewicz użył jako pierwszy określenia „ludzka rzeźnia”, które tak bardzo pasuje do koszmaru, jaki rozegrał się na podwileńskich Ponarach. Jest to jedna z najbardziej przerażających, a jednocześnie najbardziej zapomnianych zbrodni popełnionych na terenie naszego kraju.

Gdzie?

Wielkie Księstwo Litewskie było państwem wielonarodowym i dlatego każda jego miejscowość miała co najmniej kilka nazw. To, co dla Polaków było Ponarami, dla Litwinów nazywało się Paneriai. W języku jidysz mówiono zaś po prostu Ponar. Dzisiaj jest to dzielnica Wilna, ale przed wojną Ponary były podmiejskim letniskiem. Miejscowość słynęła z tego, że nad ranem krewcy wilniucy załatwiali w niej swoje honorowe spory, urządzając pojedynki pistoletowe.

Według części relacji jako pierwsi zaczęli na Ponarach mordować bolszewicy. Gdy 17 września 1939 r. Armia Czerwona przekroczyła granicę Rzeczypospolitej, z miejsca przystąpiła do mordowania polskich żołnierzy, policjantów i urzędników. Sowieckie zbrodnie wojenne z tego okresu to do dzisiaj właściwie niezbadany temat. Jedno z miejsc straceń miało znajdować się właśnie w podwileńskim letnisku.

Informacje na ten temat potwierdzili Żydzi, którzy pod koniec wojny na rozkaz Niemców palili trupy swoich rodaków. Okazało się, że na dnie dołów śmierci znaleźli ciała w mundurach polskich oficerów. Miało ich być kilkaset.

W 1941 r., gdy Stalin rozpoczął przygotowania do ataku na Europę, bolszewicy przeznaczyli Ponary na bazę, w której zamierzali składować paliwo. W tym celu wykopali olbrzymie okrągłe doły – miały po pięć–sześć metrów głębokości i od ośmiu do 40 metrów średnicy. Ocembrowali je kamieniami, a docelowo zamierzali je wyłożyć blachą i zamknąć od góry. Cały teren otoczyli wysokim płotem zwieńczonym zwojami drutu kolczastego.

Budowę przerwał atak Hitlera. Gdy Niemcy przepędzili bolszewików z Wileńszczyzny, w ślad za prującym do przodu Wehrmachtem przybyły tam oddziały morderców z SS zwane Einsatzgruppen. Ponarska baza szybko zwróciła uwagę ich dowódców. Ze względu na przygotowaną przez Sowietów „infrastrukturę” idealnie nadawały się do miejsca zbiorowych egzekucji.

Zdecydowało również położenie – w pobliżu stacji kolejowej i szosy na Grodno, a jednocześnie nieco na uboczu, w otoczeniu gęstego sosnowego lasu, który tłumił wystrzały. W efekcie już w lipcu 1941 r. doszło do pierwszej akcji eksterminacyjnej, która wkrótce przeistoczyła się w regularną masakrę trwającą do lipca 1944 r. Jej bezpośrednimi sprawcami byli Litwini.

Jak?

Ofiary na Ponary były transportowane na trzy sposoby: ciężarówkami, pieszo lub pociągami. Te ostatnie zatrzymywały się na bocznym torze stacji. W przypadku Żydów niemal do końca służbę porządkową przy transporcie pełniła żydowska policja. Z pociągów pędzono ludzi nad doły. Po dojściu na miejsce kaźni oprawcy stawiali całą grupę na skraju jamy i strzelali do niej z karabinów maszynowych.

Metoda ta okazała się nieefektywna. Nie tylko bowiem „marnowano” dużą ilość amunicji, ale jeszcze sporo skazanych przeżywało egzekucje. Wykopywali się później spod zwału trupów i uciekali. Dlatego wprowadzono nowy system. Jednorazowo przyprowadzano nad doły 10 skazańców, przed którymi stawiano 10 żołnierzy. Każdy z nich miał zastrzelić jedną ofiarę.

Jeżeli była nią matka z dzieckiem, osobny kat przypadał na kobietę, a osobny na dziecko. Jedynie w przypadku niemowląt nie zadawano sobie tyle trudu, roztrzaskiwano im czaszki kolbami albo wrzucano je żywcem do dołu. Wiadomo było, że tak małe dziecko się już z niego nie wydostanie. Jeżeli któryś ze skazanych przeżył pierwszy strzał, był dobijany kolejnym przez tego samego żołnierza.

„Postawili mnie nad tym dołem – pisała Ita Staż, której relacja zachowała się w archiwum Yad Vashem. – Pomyślałam sobie: »To już koniec. I co ja w życiu widziałam?«. Miałam wtedy 19 lat. Musieli chyba strzelić. Ale ja tego strzału nie słyszałam. Pewnie ze strachu upadłam natychmiast w rów. A oni pewnie chybili. Zrozumiałam to po chwili, gdy uczułam, że żyję. Leżałam na trupach, sama nieruchoma jak trup. Czułam, że ktoś na mnie upadł i że cieknie po mnie coś ciepłego, co miało zapach krwi. Tego zapachu nigdy nie zapomnę i zapachu tych ciał. Policjanci wciąż strzelali. Potem usłyszałam, że nawołują, żeby już na dziś skończyć, bo się ściemnia. Zanim odeszli, strzelali jeszcze do tych, którzy leżeli w rowie. Wtedy dostałam strzał w rękę. Poczułam ból. Nie zdążyli zasypać rowu piaskiem, bo było coraz ciemniej. Zaczekałam jeszcze trochę, aż zrobiło się zupełnie cicho. Wtedy podniosłam się i poszłam”.

Po zakończeniu egzekucji kilku pozostawionych w tym celu więźniów przysypywało trupy warstwą piasku i wapna. Następnie również ci ostatni nieszczęśnicy byli mordowani. Kolejnego dnia wszystko zaczynało się od nowa. Przybywał kolejny transport i znowu prowadzono ludzi dziesiątkami na stracenie. W cały proceder wdała się pewna automatyczność, która sprawiła, iż Ponary zaczynały przypominać prawdziwą fabrykę śmierci.

Autor: 
PIOTR ZYCHOWICZ
Źródło: 

SuperHistoria

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.