Najbardziej niszczycielski nalot dywanowy II wojny światowej

Reklama

ndz., 07/29/2018 - 12:20 -- koscielniakk

Symbolem morderczej skuteczności alianckich nalotów dywanowych stało się zniszczenie centrum Drezna. Jednak nie była to najbardziej zabójcza operacja tego typu. Znacznie więcej ofiar pociągnęło za sobą bombardowanie Tokio z marca 1945 roku. W jego wyniku zginęło blisko 100 tysięcy ludzi!

 

 

  • Na przełomie 1944 i 1945 roku generał Curtis LeMay, w którego gestii spoczywała lotnicza ofensywa przeciwko Imperium Wschodzącego Słońca, zdecydował o zmianie taktyki
  • Sięgnięto po – doskonale znane z europejskiego teatru działań wojennych – nocne naloty z użyciem bomb zapalających
  • Dowództwo Sił Powietrznych Armii Stanów Zjednoczonych w końcu osiągnęło swój cel. Japoński przemysł zbrojny został rzucony na kolana

Amerykańskie dzienne naloty na centra przemysłowe Kraju Kwitnącej Wiśni początkowo nie przynosiły spodziewanych efektów. Szybko okazało się, że zrzucane z dużej wysokości bomby burzące nie są w stanie zadać decydującego ciosu japońskiej produkcji wojennej. Dlatego też na przełomie 1944 i 1945 roku generał Curtis LeMay, w którego gestii spoczywała lotnicza ofensywa przeciwko Imperium Wschodzącego Słońca, zdecydował o zmianie taktyki.

 

Stare, sprawdzone metody

Alternatywa była oczywista. Sięgnięto po – doskonale znane z europejskiego teatru działań wojennych – nocne naloty z użyciem bomb zapalających. Na skutki nie trzeba było długo czekać, tym bardziej że – jak słusznie zauważa w swojej książce "Pacyfik. Starcie mocarstw" Douglas Ford: "[japońskie] miasta były szczególnie zagrożone, ponieważ budynki były drewniane, co oznaczało, że bomby zapalające mogły powodować niszczycielskie pożary całych dzielnic".

Sprawę dodatkowo pogarszał brak środków bezpieczeństwa. W schronach przeciwlotniczych mogła się skryć tylko niewielka część ludności. System dostawy wody był niewydolny w wypadku pożarów na dużą skalę.

O prawdziwości tych słów boleśnie przekonali się tokijczycy w nocy z 9 na 10 marca 1945 roku. Właśnie wtedy miał miejsce najbardziej morderczy nalot dywanowy w historii II wojny światowej.

Cała operacja została zaplanowana z wielkim rozmachem. Generał LeMay wyznaczył do niej aż 334 bombowce B-29 Superfortress. Wystartowały one wieczorem 9 marca z lotnisk na wyspach Guam, Saipan oraz Tinian. W przeciwieństwie do wielu wcześniejszych wypraw tym razem załogom sprzyjała pogoda i lot nad japońską stolicę odbywał się bez najmniejszych przeszkód.

W związku z tym Amerykanie mieli czas na słuchanie tokijskiego radia, które o ironio nadawało takie przeboje jak: "Smoke Gets in Your Eyes", "My Old Flame" czy "I Don’t Want to Set the World on Fire"…

W końcu, krótko po północy piloci 329 maszyn, które dotarły do celu zobaczyli stolicę Nipponu. Teraz już nic nie mogło powstrzymać piekła, mającego się rozpętać na ziemi. Zwłaszcza że Japończycy rzucili przeciwko powietrznej armadzie jedynie 40 przestarzałych myśliwców.

Również słaba naziemna obrona przeciwlotnicza nie stanowiła przeszkody dla Amerykanów. W trakcie trwającego niemal trzy godziny nalotu zrzucono blisko dwa tysiące ton bomb. Większość z nich (1667 ton) stanowiły kasetowe bomby zapalające M69.

I otwarły się bramy piekieł

W czasie, gdy na niebie załogi bombowców spokojnie wykonywały swoje zadania, pod nimi rozgrywały się iście dantejskie sceny. Zaledwie w ciągu kilku godzin ponad 41 kilometrów kwadratowych handlowych, przemysłowych i mieszkalnych dzielnic Tokio stanęło w płomieniach.

Z uwagi na drewnianą zabudowę ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie pochłaniając wszystko na swojej drodze oraz wysysając przy okazji cały tlen. W efekcie ginęli nawet ci, którym udało się dotrzeć do nielicznych schronów.

Równie tragiczny los czekał na szukających ratunku nad brzegami rzeki Sumida. Jak pisze w swojej książce Douglas Ford:

[wszyscy] zginęli, gdy północny wiatr zaczął spychać gigantyczną falę płomieni w dół rzeki, pochłaniając każdego, kto znalazł się na drodze. Ci, którzy wskoczyli do rzeki, albo utonęli, albo doznali tak poważnych poparzeń, że nie byli w stanie dopłynąć do brzegu. Następnego ranka, zgodnie z relacjami mieszkańców, Sumida była morzem zwęglonych zwłok.

Pożary udało się opanować dopiero po wielu godzinach, a efekty olbrzymiej burzy ogniowej były wprost przerażające. Oficjalny komunikat japońskich władz mówił o ponad 83 tysiącach zabitych i 40 tysiącach rannych oraz 250 tysiącach spalonych budynków.

Zatem – jak słusznie zauważa Antony Beevor w swojej monumentalnej pracy "Druga wojna światowa" – liczba ofiar znacznie przekraczała tę po zrzucie drugiej bomby atomowej na Nagasaki. Szacunki te – jakkolwiek wstrząsające – wydają się jednak i tak zaniżone. Raporty tokijskiej straży pożarnej mówiły bowiem aż o 97 tysiącach zabitych i 125 tysiącach rannych!

 

 

Amerykanie okupili tę bezprecedensową rzeź minimalnymi stratami. Japońska obrona przeciwlotnicza zestrzeliła jedynie 14 bombowców – zaledwie 4,5% wszystkich maszyn biorących udział w nalocie.

Generał LeMay był do tego stopnia zadowolony z efektów całej operacji, że w następnych miesiącach podobny los jak Tokio spotkał Osakę, Kobe, Nagoję i Jokohamę. W każdej z tych metropolii zginęły kolejne dziesiątki tysięcy cywilów. W tej sytuacji nastąpił masowy exodus z miast na tereny wiejskie.

W efekcie latem 1945 roku populacja największych skupisk miejskich spadła do czterdziestu procent w stosunku do liczebności sprzed wybuchu wojny. Dowództwo Sił Powietrznych Armii Stanów Zjednoczonych w końcu osiągnęło swój cel. Japoński przemysł zbrojny został rzucony na kolana.

 

Autor: 
Rafał Kużak
Źródło: 

Onet

video: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama