Dziecięca prostytucja w przedwojennej Polsce

Reklama

czw., 05/17/2018 - 06:10 -- zzz

W Warszawie najtańsze prostytutki, zwane chustkowymi, liczyły sobie złoty pięćdziesiąt, może dwa złote. Dziewczyny z Mławy były gotowe oddać się choćby za 50 groszy. Za tę cenę mogły sobie później kupić litr mleka albo trzy kurze jajka.

 

Mława – niewielka mieścina na Mazowszu, leżąca o rzut kamieniem od granicy z Prusami Wschodnimi. Spokojna, konserwatywna miejscowość. A przynajmniej tak lubili przedstawiać ją sami mławianie. Mit runął, gdy latem 1933 roku do miasta trafił pewien nauczyciel mający prowadzić tu kursy wakacyjne.

Mężczyzna nie rozumiał miejscowych obyczajów. I nie wiedział, że na pewne rzeczy należy przymykać oko. Już po kilku dniach zameldował się na posterunku policji, prowadząc siłą 12-letnią żebraczkę. Zażądał, by zaprotokołowano, że „dziecko to proponowało mu swe usługi jako prostytutka”. Dziewczynka też najwidoczniej nie wiedziała, że społeczeństwo o pewnych rzeczach woli nie być informowane. Nikt nawet nie musiał straszyć jej aresztem, a już zeznała, że takie same usługi co ona świadczy siedem jej koleżanek, liczących sobie od 9 do 13 lat. To z kolei zmusiło policjantów do wszczęcia może nieszczególnie skrupulatnego, ale jednak – prawdziwego śledztwa.

„Żaden nie został uwięziony, ani nie stracił stanowiska”

„Badane dzieci, nieświadome srogiego 203 artykułu K[odeksu] K[arnego], chętnie, bez nacisku opowiadały, kto i jak zabawiał się nimi. Podobno bezwstyd niektórych zeznań raził nawet zahartowane uszy policjantów” – donosił lewicowy „Dziennik Ludowy”, odnosząc do treści wprowadzonego rok wcześniej Kodeksu karnego. W myśl artykułu 203: „kto dopuszcza się czynu nierządnego względem osoby poniżej lat 15” miał być karany nawet 10-letnim więzieniem.

Pocztówka z Mławy. Początek XX wieku

Pocztówka z Mławy. Początek XX wieku

 

 

 

Dziewczynki szybko wypuszczono. Przynajmniej trzy z nich po paru dniach znów wałęsały się po ulicach, zaczepiając przechodniów. „Ich dziecięce twarze nacechowane są bezwstydem, nie mającym sobie równego” – podkreślała dziennikarka. – „Ta sama beztroska, co przed śledztwem i ten sam sposób nagabywania (…). Bije w oczy i w uszy, że całe dochodzenie, że te straszne zeznania, jakie tak ochotnie, prawie wesoło, złożyły władzom śledczym, że to wszystko, co mogły i powinny były od tych władz usłyszeć, nie tylko ich nie poprawiło, nie opamiętało, ale bezwstyd jeszcze wzmogło”.

Dziewczyny nabrały pewności siebie. Wcześniej, mimo wszystko, nieco krępowały się przyznawać do źródła zarobku. Nie wiedziały, co powiedzą dorośli, jak zareagują rodzice czy nauczyciele, jeśli sprawa się wyda. Teraz było już jasne, że nie robią absolutnie niczego karygodnego. Bądź co bądź: „spośród 30 mężczyzn, na których wskazały” jako na klientów, „żaden nie został uwięziony, ani nie stracił stanowiska”.

 

Wszyscy nadal pracowali, zarabiali, cieszyli się szacunkiem w towarzystwie. Jeśli cokolwiek się zmieniło, to tyle, że spłoszeni pewnym rozgłosem zaczęli się trzymać od dziewczynek z daleka. Ale to czyniło zajęcie młodych prostytutek tylko nieco trudniejszym. A na pewno sporo ciekawszym, bo odkąd mławianie przestali je wynajmować, dziewczynki zwróciły się w stronę przyjezdnych, którzy „o skandalu nie wiedzieli”. Nie musiały ich nawet szczególnie zachęcać. Sama cena robiła swoje.

 

 

 

Najciemniejsze strony przedwojennej Polski

 

W Warszawie najtańsze prostytutki, zwane chustkowymi, liczyły sobie złoty pięćdziesiąt, może dwa złote. Dziewczyny z Mławy były tymczasem gotowe oddać się choćby za 50 groszy. Za tę cenę mogły sobie później kupić litr mleka albo trzy kurze jajka. Ewentualnie pójść do niedrogiej kawiarni na ciastko. Rozgłos, w pierwszej chwili tak zawstydzający, na dłuższą metę tylko pomógł im w podniesieniu kwoty kieszonkowego.„Pokazują je obcym jako osobliwość lokalną”

„Po odkryciu policji, stały się popularne, i mławianie pokazują je obcym jako osobliwość lokalną” – podkreślała reporterka „Dziennika Ludowego”. I było dla niej jasne, że na poprawę sytuacji nie ma co liczyć:

Ci, co zarządzili wypuszczenie tych dzieci na swobodę i swawolę wiedzą, że karalność nie pokrywa się z Kodeksem Karnym. (…) Panowie nie potrzebują obawiać się więzienia. Opinia już się urabia. Kobiety oburzają się, mężczyźni dziwią się, ale i jedne i drudzy witają się grzecznie ze sprawcami. Utrze się ten skandal, jak wiele innych.

Ulica Niborska w Mławie. Pocztówka z początku XX wieku

Ulica Niborska w Mławie. Pocztówka z początku XX wieku

„Poszukują tylko młodych, świeżych i ładnych dziewcząt”

Niedługo przed pierwszą wojną światową krakowski wenerolog Leon Wachholz opisał intrygujący go przypadek 12-letniej dziewczynki z Krakowa. X. była córką pochodzącej z Niemiec wdowy. Już jako 7-latka „uległa w czasie dorocznych uroczystości na Bielanach zgwałceniu przez parobka”. Teraz za wiedzą matki utrzymywała się z prostytucji, oddając się mężczyznom „w separatkach podrzędnych domów zajezdnych i szynkowni”.

Rodzicielka wiedziała też dobrze, że jej pociecha mieszka z 25-letnim mężczyzną, że ten jest jej kochankiem i stręczycielem. Delikwent wielokrotnie był oskarżany o gwałty i kradzieże. Ciążyło na nim nawet „uzasadnione podejrzenie popełnionego morderstwa z lubieżności na dziewczęciu 10-letnim”. Oficjalnie był służącym w restauracji, ale tak naprawdę utrzymywał się głównie z tego, co 12-latka zarobiła na ulicy.

 

Wachholz opisał szeroko jego sytuację, nie dlatego jednak, że szokował go rażący przykład przyzwolenia i moralnego rozpasania. Uwagę lekarza zwrócił przede wszystkim interesujący kształt strzępów błony dziewiczej dziewczyny. A także fakt, że jej stałe stosunki ze stręczycielem nie zakończyły się zarażeniem jego chorobami wenerycznymi. Nastolatka cierpiała na ostrą rzeżączkę, ale nie na kiłę, mimo że kochanek się na nią leczył.

Portret anonimowej dziewczynki. Fotografia z dwudziestolecia międzywojennego

Portret anonimowej dziewczynki. Fotografia z dwudziestolecia międzywojennego

 

 

 

Ilu było podobnych cwaniaków wykorzystujących młode dziewczyny do bezczelnego zarobku? Ile rówieśniczek X. sprzedawało własne ciała? Komentatorzy zjawiska podkreślali, że niemal każda prostytutka trafiała do zawodu jeszcze przed osiągnięciem pełnoletności. „W domach publicznych (…) poszukują tylko młodych, świeżych i ładnych dziewcząt” – pisał Józef Macko, naczelnik Wydziału Opieki Społecznej w Krakowie, a następnie w Poznaniu. Znany w całej Europie psychiatra August Forel szacował, że inicjacja zawodowa ulicznic następowała przed ukończeniem 16. roku życia, a często – już w wieku lat 12. Według innej broszury szeregi „tajnych nierządnic” zasilały 15-latki lub dziewczęta tylko nieznacznie starsze.

„Na telefoniczne żądanie przysyłała dziecko”

Konkretne przykłady przytaczała Maria Grzywo-Dąbrowska. Jako młoda lekarka pracowała ona w szpitalu w Chojnach pod Łodzią, gdzie podczas I wojny światowej Niemcy przymusowo hospitalizowali chore wenerycznie prostytutki. Najmłodsze z jej pacjentek miały zaledwie 13 lat. Te starsze przyznawały się z kolei, że już jako bardzo młode nastolatki „miewały za pieniądze stosunki płciowe” z chłopcami.

W wolnej Polsce reguły rządzące erotycznym półświatkiem nie uległy zmianie. Na początku lat trzydziestych opowiadano nawet, że w stolicy istnieje specjalny lokal, „którego właścicielka na telefoniczne żądanie” przysyłała do mieszkania klienta „dziewczynkę-dziecko 8-12 letnią”. To była usługa luksusowa, skrojona pod potrzeby szczególnie dobrze sytuowanych i oczekujących dyskrecji degeneratów. Młódkę chętną do amorów za pieniądze można jednak było spotkać równie dobrze w kawiarni, na deptaku czy pod dworcem.

 

Wacław Zaleski, uważany jednocześnie za najlepiej poinformowanego i najbardziej impertynenckiego spośród przedwojennych badaczy płatnej miłości, pisał o dziewczynach, które da się łatwo porównać z XXI-wiecznymi „galeriankami”. Były to nastolatki marzące o „ślicznych pantofelkach i pończoszkach”, które nosiły już ich „starsze, a doświadczone koleżanki”. Dla zdobycia modnych akcesoriów z zagranicznego domu towarowego gotowe były oddać się każdemu niemal sponsorowi. I bardzo możliwe, że właśnie z nich żartował satyryczny magazyn bocian „Bocian”, publikując w 1932 roku dowcip: „Tylko jeszcze kobietom jest dziś dobrze na świecie. Ubierają się na kredyt, a rozbierają się za pieniądze”.

 

 

„Nawet u dziewcząt z najlepszych rodzin”

Nie brakowało wreszcie i dziewcząt stręczonych przez własnych rodziców. „Czy stolica wie o tym, że w jej murach mieszka wiele rodzin, żyjących właśnie dzięki swym 10- czy 12-letnim córeczkom?” – dociekał w 1933 roku dziennikarz „Expressu Mazowieckiego”. Podobne pytanie cisnęło się też na usta reporterce „Dziennika Ludowego”, która doniosła o prostytuujących się uczennicach z Mławy. I były to rzecz jasna roztrząsania czysto retoryczne. Mieszkańcy stolicy byli o wszystkim równie dobrze poinformowani co rodzice małych mławianek.

 

„Lud warszawski składa kolosalną ofiarę ze swych cór Molochowi prostytucji” – ubolewał Wacław Zaleski. – „Objaw ten jednak już nie budzi grozy i uważany jest wśród proletariatu warszawskiego jako rzecz przelotna, niemal konieczna, której trudno uniknąć”. „Ogólny upadek poziomu moralnego” dosięgał uczennic, a nawet „dziewcząt z inteligencji” marzących o tym, by żyć ponad stan. Nikt nie hamował ich zapędów.

Policyjna kontrola prosytutek w przedwojennej Polsce. Fotografia Ilustrowanego Kuryera Codziennego.

Policyjna kontrola prosytutek w przedwojennej Polsce. Fotografia Ilustrowanego Kuryera Codziennego.

W niektórych miastach próbowano wprawdzie pociągać do odpowiedzialności rodziców, którzy nie roztoczyli „należytej opieki nad osobą nieletnią”, to były jednak działania pozorowane i pozbawione jakichkolwiek efektów. Nawet lekarze bezradnie rozkładali ręce. Zdaniem jednego z seksuologów u płci żeńskiej („nawet u dziewcząt z najlepszych rodzin”) zjawiał się po prostu w okresie dojrzewania naturalny „pociąg do prostytucji”. I najwidoczniej należało się z tym faktem godzić.

Przyzwolenie w domu odgrywało ogromną rolę. Niemal równie ważna okazywała się akceptacja dla handlu ciałem, jaką przejawiali nauczyciele i pracownicy szkół. Dzieci szczyciły się swoimi zarobkami, nie słysząc w odpowiedzi żadnej reprymendy. Małe prostytutki były podziwiane, stawały się wzorem dla koleżanek. Nie brakowało pedagogów gotowych nawet korzystać z ich usług. A już szczególnie łatwo było trafić na takich, którzy sami skłaniali uczennice do „wykonywania czynów nierządnych”. Tyle, że z nimi i za darmo.

 

 

***

Sprawy, o których wstydzimy się mówić. I oblicze przedwojennej Polski, o którym milczą podręczniki. Przestępczość seksualna, dewiacje, chorobliwa pruderia i bezkarność sprawców. Poznaj jak naprawdę wyglądały czasy naszych pradziadków. „Epoka milczenia” – najnowsza, książka Kamila Janickiego, już jest dostępna w naszej oficjalnej księgarni.

Autor: 
Kamil Janicki
Źródło: 

twojahistoria.pl

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama