Historia ludzkiego głodu. Wstydliwa karta cywilizacji

Znamy głód, jesteśmy przyzwyczajeni czuć głód, dwa, trzy razy dziennie. Ale między tym zwykłym, powszednim, powtarzającym się i codziennie nasycanym głodem a rozpaczliwym głodem tych, którzy nie mogą go zaspokoić, rozciąga się przepaść, szeroka jak świat.

Głód był zawsze dźwignią zmian społecznych, postępu technicznego, rewolucji, kontrrewolucji. Nic tak mocno nie wpłynęło na losy ludzkości. Żadna choroba, żadna wojna nie pochłonęła więcej ofiar. Wciąż jeszcze żadna plaga nie jest tak niszczycielska – i jednocześnie tak łatwa do zwalczenia – jak głód.

Blisko 800 milionów ludzi cierpi głód. Prawie co dziesiąta osoba na świecie nie ma co jeść. Co pięć sekund ktoś umiera z powodu głodu. Tak, drodzy czytelnicy: witamy w XXI wieku.

1

Nigdy nie dowiemy się naprawdę, jaki był nasz początek, istnieją jednak różne hipotezy. Faustino Cordón w książce Cocinar hizo al hombre (Gotowanie stworzyło człowieka) wysuwa tezę, że człowiek ewoluował, ponieważ nie potrafił robić tego, co robiły inne stworzenia. Naszymi przodkami były małpy, które skakały po drzewach, szukając pączków, liści, czasem ukrytego insekta. Niektóre z nich zaczęły chętniej i lepiej zwieszać się z gałęzi – i dały początek wielkim małpom człekokształtnym, zwierzętom, u których wykształciły się potężne ramiona i mocne klatki piersiowe, pozwalające przenosić się z gałęzi na gałąź. Te wielkie małpy zawładnęły atrakcyjnym terytorium i wygnały inne. Nasi przodkowie, nieudolni, bezsilni, musieli zejść z tych drzew i urządzić sobie życie na ziemi.

Podobno wraz z tą porażką zaczęła się historia człowieka.

Niektórzy twierdzą – biorąc pod uwagę przeludnienie, zmiany klimatyczne, wyjałowienie ziemi i niedobór wody – że nadchodzi „wojna o żywność”. Ale wojna o żywność toczyła się od zawsze i wciąż trwa. Tyle że pośród bitew następują momenty względnego spokoju, w czasie których zwycięzcy okazują się do tego stopnia silni, że nie muszą walczyć dalej, żeby smakować triumf.

Hominidy kiedy już zeszły z drzew, musiały konieczność uczynić wartością: nauczyły się lepiej chodzić, wyrobiły sobie silniejsze kończyny dolne i sprawniejsze ramiona i dłonie, których już nie potrzebowały, aby się zwieszać, a które pozwalały operować prymitywnymi narzędziami, takimi jak kamień, kość, kij. Proces ten miał trwać miliony lat i doprowadził do zasadniczych zmian, między innymi – w związku z nowymi warunkami życia – do przyjęcia postawy wyprostowanej. Teraz narzędzia przenosiło się, a nie ciągnęło jak kiedyś, przy wspinaniu na drzewo. Zwiększył się również stopień wspólnotowości życia, gdyż małpy, niepewne w nowym środowisku, musiały troszczyć się o siebie i opiekować się sobą nawzajem. Stąd wynikł także powolny rozwój form komunikowania się – pierwsze próby tworzenia języka.

Dzięki narzędziom, które miały kompensować oczywistą w tylu aspektach ułomność człowieka – nie jesteśmy specjalnie silni, nie potrafimy skakać ani biegać tak dobrze jak inne stworzenia, nie mamy zbyt dobrego wzroku, węchu ani słuchu, nie mamy potężnych szponów ani zębów – przodkowie nasi mogli urozmaicać swoje pożywienie: jednymi kijami zabijali zwierzęta, innymi przekopywali ziemię w poszukiwaniu korzonków i bulw, kamieniami zaś rozbijali znajdowane kości, aby wydobyć z nich szpik. Ich organizmy przystosowywały się do nowych potraw – które z kolei wpływały na ich fizjologię.

Dzika horda: zwierzęta skaczą wokół zwierzęcia mniejszego, słabszego albo martwego, warcząc na siebie, wyszarpując je sobie, zjadając po kawałku – oto pierwsze obrazy głodu.

Zdolność życia w społeczności wzrosła, kiedy ci prymitywni myśliwi postanowili zrobić to, co teraz czyni pierwszy lepszy gracz giełdowy: rozłożyć ryzyko. Te półmałpy nie mogły kupować zróżnicowanych akcji, mogły jednak stowarzyszyć się z innymi na pół ludźmi, swoimi kuzynami czy sąsiadami, i każdego dnia dzielić między siebie zdobycz. Jeśli jedna z małp nie zdobyła tyle, ile trzeba, jadła i tak, bo jadły inne. Z lęku przed pozostaniem bez jedzenia zaczęły się formować społeczeństwa; więzi między istotami ludzkimi zacieśniały się. Kształtowała się zasada wzajemności: coś ci daję, oczekuję jednak, że dasz mi coś porównywalnego; towarzyszyła temu i ufność, i podejrzliwość.

hunger-meat-bacon

Głód był ich życiową kondycją. Przed trzema czy czterema milionami lat hominidy żyły z dnia na dzień, w trudnych warunkach i wśród niebezpieczeństw, nieustannie zmuszane do szukania pożywienia. Żywiły się przede wszystkim rozmaitymi roślinami oraz mięsem padłych zwierząt, były padlinożercami. Spożywane w coraz większych ilościach białko i tłuszcze zwierzęce sprawiały jednak, że powoli rosły ich głowy i mózgi; z kolei lepiej rozwinięte mózgi umożliwiały im zdobycie lepszego pożywienia, które znowu rozwijało ich możliwości – i tak dalej. U hominidów zachwiana została zwykła u innych stworzeń proporcja między ciałem a mózgiem, ich organizmy zaczęły więc potrzebować coraz więcej strawy dla odżywienia nieproporcjonalnie dużych mózgów.

Ale organizm ludzki jest tworem archaicznym: został dostosowany do zupełnie innych czasów i innego życia. Nieraz było jedzenie, a nieraz nie. Naszym przodkom nie zawsze udawało się znaleźć nadające się do zjedzenia liście czy zwierzę; decydował przypadek.

W tamtej epoce ukształtowała się nasza fizjologia. Powstał system, w którym uczucie sytości trwa bardzo krótko, a pewne hormony nieustannie dopominają się o pokarm. To niesłabnące łaknienie, stała chęć jedzenia miały za zadanie nie dopuścić do momentów, w których pokarmu by zabrakło. To właśnie zwykliśmy nazywać głodem: zespół objawów fizycznych wskazujących na potrzebę jedzenia.

Niemniej dla poradzenia sobie z postem organizm ukształtował także system rezerw: ludzie zdolni są gromadzić energię w formie tłuszczu.

Wtedy właśnie, przed niecałym milionem lat, nie wiadomo w jaki sposób – hipotez jest wiele – istoty te odkryły moc ognia.

prehistoric-man-fire

(Wiele tysiącleci później, kiedy nabrały przekonania o własnej inteligencji, uznały to odkrycie za swój początek. Ogień – jak opowiadały ich mity, na przykład mit o Prometeuszu – uczynił z nich ludzi, oddzielił ich od zwierząt).

Niewykluczone, że na początku ogień nie był wykorzystywany do przyrządzania jedzenia, że istoty będące jeszcze na poły małpami używały go do ogrzania się i ochrony przed innymi zwierzętami, i przez przypadek zorientowały się, że pożywienie czasem smakuje o wiele lepiej, jeśli się je potraktuje ogniem. Ale kiedy zaczęły piec, dokonała się zasadnicza zmiana: stały się pierwszymi zwierzętami, które nie jadły tylko tego, na co natrafiły, lecz także to, co przetworzyły dla poprawienia jakości. Które kulturę – jedną z pierwszych form kultury – wprowadziły między mięso przyrządzanych stworzeń a własne żołądki. Przetwarzanie żywności uczyniło nas ludźmi.

hunger-grill-steak

Samce i samice nauczyły się polować i przygotowywać razem strawę, zyskiwać więcej czasu na myślenie o sprawach, które nie wiązały się z polowaniem ani przygotowywaniem jedzenia, pomagać sobie wzajemnie, opiekować się długo swoim potomstwem – dzieci, mając większe głowy, musiały rodzić się w znacznie wcześniejszym stadium rozwoju, żeby móc przecisnąć się przez kanał rodny – i rozwinęły języki, które uczyniły ich nareszcie ludźmi, mężczyznami i kobietami.

Głód przestał być dla niektórych czymś zawsze obecnym.

Próba refleksji na temat tamtej epoki może przyprawiać o zawrót głowy: wyobrazić sobie życie półnagich kobiet i mężczyzn błąkających się po lasach i równinach w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia, bez jakiegokolwiek pojęcia o tym, co było, co będzie – to uzmysłowić sobie na zasadzie kontrastu skalę wszystkiego, co wymyśliliśmy.

Umiejętność przetwarzania żywności niesłychanie rozszerzyła granice tego, co jadalne. Mnóstwo roślin i zwierząt, których ludzie nie mogli strawić na surowo, okazało się możliwe do zjedzenia po ugotowaniu czy upieczeniu. Nasi przodkowie stali się wówczas faktycznie wszystkożerni.

Proces ten trwał tysiące lat. Pozyskiwanie coraz to nowych produktów żywnościowych było równoznaczne z zawłaszczaniem świata: im więcej go jem, tym bardziej czynię go moim. Zaczęliśmy się stawać maszynką do jedzenia wszystkiego, którą jesteśmy do teraz. Jemy zwierzęta, rośliny, minerały: korzenie, korę, łodygi, liście, owoce, kwiaty, nasiona, grzyby, glony, mięczaki, ryby, ptaki, embriony ptaków, gady, owady; a ze ssaków, czyli z tej samej gromady zwierząt, jemy mięso, krew, skórę, szpik, a nawet wydzielinę gruczołową nazywaną przez nas mlekiem czy serem. Konsumujemy też spore ilości mielonego twardego minerału, który nazywamy solą.

Umiejętność zaspokojenia głodu jest jednym z głównych powodów, dla których w ciągu stu tysięcy lat liczba ludzi wzrosła z kilkuset tysięcy do, jak dotychczas, siedmiu miliardów. Ta eksplozja demograficzna to najlepszy dowód, że gatunek się przyjął.

Nic bardziej zdradliwego niż być – uważać, że się jest – gatunkiem.

Wzrost liczebności był procesem długim, skomplikowanym. Prawdopodobnie podnosiła się temperatura, zmieniały ekosystemy, zaczynało brakować zwierząt i myśliwi przeszli na zbieractwo. Myśliwi-zbieracze stosowali ścisły system kontroli urodzeń – obejmujący, ma się rozumieć, dzieciobójstwo – dla zapewnienia równowagi między liczbą ludzi a ilością pożywienia. Wciąż zastanawiamy się, czy tę kontrolę utracili i dlatego poczuli się zmuszeni, żeby wymyślić nowy sposób odżywiania się, czy też ów nowy sposób pozwolił im zarzucić kontrolę. Znowu pytanie: co było pierwsze, jajko czy kura.

Eksplozja demograficzna tak czy owak dała o sobie znać z całą mocą, gdy rozwinęło się rolnictwo. To jedna z wielkich chwil – i wielkich zagadek – w dziejach człowieka, choć niektórzy historycy twierdzą, że była to przede wszystkim jedna z wielkich chwil w dziejach kobiety. Przed dziesięcioma czy dwunastoma tysiącami lat ludzie w różnych miejscach – na Bliskim Wschodzie, w Ameryce Środkowej, Chinach, Nowej Gwinei, Afryce tropikalnej – mniej więcej w tym samym czasie odkryli, co należy robić, aby rośliny, które znajdywali przypadkowo, rosły tam, gdzie chcieli. Wydobywać z nich ziarno, wsiewać w ziemię, czekać – a przy okazji wymyślać bogów, których można by prosić o deszcz. Jeśli chodzi o bogów, nie skończyło się oczywiście na nich samych; pojawili się mężczyźni, którzy utrzymywali, że potrafią z nimi rozmawiać i wyjaśniać ich niejasne słowa i sprzeczny sens przekazów. Kapłani wraz z religiami stanowili, w pewnym sensie, organizmy pasożytujące na pierwotnych uprawach zbóż.

Równocześnie ludzie odkryli, że to, co robią z roślinami, potrafią również robić ze zwierzętami: udomawiać je i hodować, żeby pozyskiwać ich mięso i mleko czy jaja – nie mówiąc o sile pociągowej, wykorzystywanej do produkcji jeszcze większej ilości pożywienia.

Teraz, gdy wydaje się, że nie istnieje nic równie tradycyjnego jak uprawa ziemi, trudno wyobrazić sobie epokę, w której rolnictwo oznaczało nowoczesność, było najświeższym wynalazkiem zmieniającym życie ogromnej rzeszy ludzi. Oczywiście rodził się przy tym pewien niepokój; to, co nowe, zazwyczaj budzi lęk. Wielu obawiało się, że orka to gwałt na Matce Ziemi; że ta, obracana, męczona, ujarzmiana przez swoje dzieci, będzie się mścić. W wielu mitologicznych opowieściach występuje motyw lamentu nad tą niedopuszczalną przemocą; można w tym dostrzec zalążki zaangażowania proekologicznego.

Była to zmiana radykalna. Nikt wcześniej nie mógł być pewny, czy za kilka miesięcy będzie miał coś do jedzenia. Ale wraz z bezpieczeństwem pojawiła się konieczność pozostawania na określonym terytorium – póki ziarno nie wyda plonu. Zaczęły powstawać pierwsze wioski, w których można się było zainstalować i czekać – zamiast nieustannie krążyć, szukając roślin i tropiąc zwierzęta. Wykształciło się pojęcie przyszłości jako czasu, w którym zachodzą możliwe do przewidzenia zjawiska, zaistniała możliwość refleksji nad nimi i formułowania planów.

Pojawiła się potrzeba przechowywania ziarna. Jedna z wielkich zapomnianych zmian w historii nastąpiła wtedy, gdy ludzie nauczyli się przechowywać żywność. Znów mamy dylemat jajka i kury: może odkryli sposób produkowania większej ilości żywności i stanęli wobec problemu jej magazynowania. Najprawdopodobniej jednak znaleźli sposób konserwacji i wówczas zaczęli się zastanawiać, jak produkować więcej niż to, co potrzebne na dziś i na jutro. Wytwarzali więcej żywności, więcej przechowywali, odkrywali inne, nowe sposoby produkcji, i tak dalej: ukształtowały się nasze społeczeństwa.

Zaczęliśmy być – na dobre i na złe, tak po prostu – tym, czym jesteśmy.

Ludzie zaczęli jeść posiłki o określonych porach. Dokonali ogromnego skoku, uznali bowiem, że mają zagwarantowany stały dostęp do dostatecznej ilości jedzenia. Mogli pozwolić sobie nawet na to, żeby nie jeść, mając coś do zjedzenia – mimo że wcześniej zawsze zjadali natychmiast wszystko, co mieli, jak robią do tej pory pozostałe istoty żywe.

Utrzymujący się głód to pierwotny stan, w którym funkcjonował człowiek, a ulga świadomości, że nie trzeba będzie szukać godzinami pożywienia, jest najważniejszą zdobyczą kulturową. Im bardziej jesteśmy syci, tym bardziej jesteśmy ludźmi. I tym bardziej jesteśmy ludźmi, im mniej czasu musimy poświęcać na nasycenie się pokarmem. Proces cywilizacyjny to droga od stanu, w którym cały czas poświęcany jest na zdobywanie pożywienia, do stanu, w którym poświęcamy go na ten cel możliwie najmniej. Im większy głód, tym bardziej jesteśmy zwierzętami, im mniejszy – tym bardziej ludźmi.

Zależność tę można zaobserwować również współcześnie.

prehistoric-man-hunting

obesity-world-map

2

Lenistwo, ignorancja czy kto wie, jaka jeszcze inna cnota każe nam sądzić, że historia świata mogła wyglądać tylko tak, jak wyglądała. To najsprytniejsza sztuczka ludzi, którzy chcą, żebyśmy przyjęli świat takim, jaki jest: wszystko, co się zdarzyło, powinno było się zdarzyć, i obecnie również jest tak, jak być powinno; innej drogi nie ma. Jak wyglądałby świat, gdyby jakiejś grupie pitekantropusów nie przyszło do głowy – załóżmy – że to, czego używają i co konsumują, należy nie do każdego z osobna, lecz do wszystkich, ponieważ jest dla wszystkich jednakowo atrakcyjne i potrzebne? Albo gdyby nasi przodkowie woleli uniknąć wysiłku pracy i wieść nadal próżniaczy żywot nomadów? Albo gdyby któryś z nich nie wykazał się dostateczną dozą lęku, wyobraźni, ambicji czy inteligencji, by obwieścić reszcie – wmówić wszystkim – że jakieś wielkie stare drzewo to istota wyższa, „bóg”, którego można prosić o różne rzeczy?

To tylko przykłady. Motyl trzepoczący skrzydełkami w Chinach pokazuje przede wszystkim, że – zgodnie z efektem motyla – każdy trzepot skrzydeł motyla ma znaczenie, że nic nie jest ustalone raz na zawsze.

W tamtych wioskach – pierwszych miastach – możliwość przechowywania żywności przyniosła inną nadzwyczajną nowość: chwile wolne, wypoczynek. Ludzie nie musieli już całego swojego czasu poświęcać na zdobywanie pożywienia; wiedzieli, że ich jedzenie czeka na nich: rośnie na polach, tuczy się w zagrodzie. Mężczyźni i kobiety mogli teraz zajmować się innymi rzeczami: tkać, wyprawiać skóry, robić garnki, transportować towary, walczyć, rozmawiać, spać po obiedzie, spiskować, kochać się, zdradzać. Pojawiły się rozmaite zawody, zróżnicowania.

Samo istnienie rezerw sprawiło, że inni nabrali na nie ochoty. Należało zapewnić ochronę dóbr, z czasem niektórzy – najzręczniejsi, najsilniejsi, najbardziej ambitni – wyspecjalizowali się w tym. Społeczność postanowiła realizować potrzeby tych ludzi, pod warunkiem że będą jej bronić – w ten sposób zdobyli władzę.

Był to długi proces. Dzięki nadwyżce żywności niektórzy mogli całkowicie przestać się angażować w jej wytwarzanie, zamieszkać w wielkich domach – nieraz nazywanych przez nas pałacami – i zacząć gromadzić bogactwa; mieszkańcy miast stali się różni od mieszkańców wsi, bogaci od biednych. Nowe miejsca – pierwsze miasta – były coraz zamożniejsze. Ten, kto ma kontrolę nad spichrzem, kontroluje tych, którzy chcą zboże jeść. A skoro już ich kontroluje, pragnie tę kontrolę rozszerzyć: wymyślić struktury zapewniające mu utrzymanie władzy. Tu i ówdzie zaczynają się tworzyć pierwsze państwa.

Władza daje więcej władzy. Państwa mezopotamskie miały dostateczną siłę, żeby budować zapory i kanały na niespotykaną dotąd skalę, co z kolei pozwalało im na niespotykaną skalę siać i zbierać plony – zyskiwać coraz więcej żywności i coraz więcej władzy.

Formowały się klasy, zaznaczały nierówności, warstwy. Rzeczą absolutnie nową było to, że jedni mają co jeść, inni zaś wcale. Tradycyjnie głód lub sytość stawały się – w zbliżonym stopniu – udziałem całej hordy; teraz już tak nie było, a ci, którzy żywność wytwarzali – brudzili ręce w ziemi, zginali grzbiet, orząc skiby – byli zwykle tymi, którym zostawało najmniej.

Nowa sytuacja: oto jedni mają co jeść, inni nie.

Społeczeństwa zorganizowane wokół produkcji rolnej ograniczyły bogatą i złożoną dietę pierwszych ludzi do wyżywienia opartego na staple food – podstawowym produkcie – według modelu, jaki wciąż spotykamy w wielu ubogich społeczeństwach. Jeden gatunek zboża, określona bulwa stawały się dla znacznej części ludności tradycyjnym pożywieniem, powtarzającym się, codziennym – plus od czasu do czasu uzupełnienie w postaci sosu z dostępnymi warzywami lub kawałkiem mięsa pochodzącym z polowania bądź hodowli.

hunger-plate-ketchup-meat

Kurczak z KFC, pizza z Pizza Hut, frytki i hamburgery z McDonald’s – czy to nasze nowe, XXI-wieczne staple food?

Dostęp do żywności miało więcej ludzi, ale nie było to odżywianie prawidłowe. Ciekawe: wielka rewolucja neolityczna, wielki postęp techniczny, który jak nic innego odmienił historię człowieka, uczynił tych znacznie bardziej cywilizowanych ludzi słabszymi, mniej odpornymi. A do tego zmusił ich do pracy dla gospodarza od świtu do nocy.

Dieta ich przodków zajmujących się myślistwem i zbieractwem była bogata w składniki pochodzenia roślinnego; od czasu do czasu jadano też chude mięso. Pierwsi rolnicy zaczęli spożywać więcej węglowodanów i cukrów, a na dodatek o wiele mniej się ruszali. Organizmy to odczuły – w ciągu kilku stuleci chłopom ubyło około dwudziestu centymetrów wzrostu i około pięciu lat życia. Zwiększone spożycie cukru przyniosło kolejny efekt naszej kultury: próchnicę; praca na roli powodowała artretyzm. Pojawiły się też inne choroby, epidemie.

Tamci mężczyźni i kobiety byli o wiele inteligentniejsi, żyli w społeczeństwach nieskończenie bardziej skomplikowanych, mieli królów, bogów, prostytutki i żołnierzy, rozwijali wyobrażenia na temat świata, mnożyli się zawzięcie, ale zrobili się niscy i znacznie krócej żyli. Takie są dziwne paradoksy „postępu”. Nie byli już głodni – nie byli głodni nieustannie – ale zaczęli się źle odżywiać.

Postęp techniczny neolitu – wynalezienie rolnictwa – spowodował pogorszenie jakości żywienia, ale dzięki temu postępowi w ciągu czterdziestu stuleci liczba ludzi zwiększyła się czterdziestokrotnie.

Jaki jest zatem bilans? Albo inaczej: czy stan gatunku poprawia się, jeśli pogarsza się stan jego przedstawicieli?

Jednocześnie dieta przywódców i generałów, kapłanów i królów, cesarzy, bogów władających tymi nowymi ludami, stawała się coraz bardziej wymyślna. W tej to właśnie epoce, około dziesięciu tysięcy lat temu, pojawiła się różnica między strawą wyszukaną a prostą, między menu przywódcy, z wieloma produktami i daniami przyrządzanymi w wymyślny sposób – czasem już przez pierwszych fachowców – a miską chłopa, rzemieślnika czy żołnierza, który każdego wieczoru dostawał przygotowaną przez kobiety tę samą potrawę. Bogaci, żywiąc się w ten sposób, nabrali tuszy – kojarzonej odtąd z władzą – ubodzy zaś stali się chudzi, a chudość zaczęła być oznaką ubóstwa.

A głód oczywiście przetrwał w wielu miejscach.

Oparcie diety na jednym produkcie nie tylko pogorszyło strukturę wyżywienia, lecz przyniosło z sobą poważne niebezpieczeństwo. Ilekroć tego jednego, jedynego niemal produktu brakowało – z powodu suszy, wojny, powodzi, mrozu – przychodził straszliwy głód. Pierwszą znaną nam wzmianką o głodzie jest napis na grobie Egipcjanina Ankhtifiego, gubernatora jednej z prowincji Południa przed czterema tysiącami lat. Głosi on: „Górny Egipt umierał z głodu, tak że wszyscy zjadali własne dzieci”.

hunger-bread-wheat-grain

Wymyślono chleb. Produkcja chleba – zwykły wypiek chleba – jest osiągnięciem, za którym stoją tysiące lat poszukiwań i doświadczeń. Posiać nasiona, zebrać plon, zemleć ziarno, wyrobić ciasto, nadać mu kształt, wsadzić je do pieca, to w sumie cztery czy pięć niezwykle skomplikowanych procesów technologicznych – cztery czy pięć olśniewających odkryć służących temu, aby mieszkańcy rejonu Morza Śródziemnego mogli wytwarzać swój najbardziej charakterystyczny produkt. Tak typowy, że w Iliadzie i Odysei autor znany jako Homer mówi „zjadacze chleba”, gdy ma na myśli ludzi.

Pojawili się bogowie. Ludzie, zalęknieni, potrzebujący, uczynili sobie bogów. Jednym z zadań owych bogów – zadań najważniejszych – było zagwarantowanie dobrych zbiorów. Albo w najgorszym wypadku, kiedy nie było innej rady, nakarmienie wyznawców:

„I zaczęło szemrać na pustyni całe zgromadzenie Izraelitów (…): »Obyśmy pomarli z ręki Pana w ziemi egipskiej, gdzieśmy zasiadali przed garnkami mięsa i jadali chleb do sytości! Wyprowadziliście nas na tę pustynię, aby głodem umorzyć całą tę rzeszę«.

Pan powiedział wówczas do Mojżesza:

»Oto ześlę wam chleb z nieba, na kształt deszczu. I będzie wychodził lud, i każdego dnia będzie zbierał według potrzeby dziennej«” (Wj 16, 2-4).

Ulepszenie technik rolniczych spowodowało zwiększenie populacji, coraz liczniejsza więc rzesza ludzi musiała szukać nowych ziem, by zyskać źródło utrzymania. Czasem nowe ziemie nie były tak urodzajne jak poprzednie i trzeba było kombinować, wynajdywać nowe formy uprawy. Chłop karczował i wypalał pole, a popiół służył mu za nawóz; można było zbierać plony przez rok czy dwa. Kiedy ziemia się wyjaławiała, robił to samo na sąsiednim polu, i tak dalej. Po kilku latach mógł wrócić na pierwsze pole i rozpocząć cykl od nowa. System funkcjonował pod warunkiem, że do dyspozycji pozostawało dużo ziemi, nie było przeludnienia. Ludzi jednak przybywało i zaczęły się wielkie migracje – połączone z zajmowaniem kolejnych obszarów.

W rzymskim świecie śródziemnomorskim, gdzie nie pozostało wiele wolnej przestrzeni, chłopi uświadomili sobie, że sytuacja znacznie się poprawia, jeśli z uprawą ziemi łączy się hodowlę. Mięso zwierząt pozwalało uzupełniać dietę, ich nawóz użyźniał ziemię, a ich siłę pociągową można było wykorzystywać w pracy na roli. Równocześnie coraz bardziej konkurencyjna stawała się praca niewolnicza: niewolnicy byli zwykle tańsi niż zwierzęta, a nieraz bardziej wydajni.

Tymczasem w Azji rozszerzała się uprawa ryżu. W niektórych okolicach południowego wschodu, na południu Chin, w różnych częściach Indii, w Korei, Japonii plony zbierano dwa, a nawet trzy razy w ciągu roku. Dawało to dużo żywności, lecz wymagało zaangażowania wielu ludzi, którzy jednak mogli z tej pracy wyżyć. Daleki Wschód stał się najgęściej zaludnionym rejonem świata.

Idea rozróżnienia między żywnością sfer wyższych i niższych osiągnęła swoje apogeum w Rzymie. Uczty z czasów cesarstwa pozostają – wciąż jeszcze, dwa tysiące lat później – symbolem wyszukanej diety bogaczy. Uczta Trymalchiona opisana w Satyriconie, z wymionami zajęcy, gęśmi nadziewanymi ostrygami, językami flamingów i ptaszkami z mięsa wieprzowego, pozostaje najbarwniejszym przykładem tej różnicy. Jeśli sztuka gastronomiczna polega na przemianie naturalnego produktu w coś poddanego obróbce przez kulturę, owe ptaki z mięsa wieprzowego stanowią być może szczytowe osiągnięcie w tej dziedzinie: nie ulega zmianie sam kształt potrawy; zmienia się zwierzę, powstaje fałszywe. Natura zostaje poddana procesowi przyrządzania, przetwarzania.

Rzym wykreował także model żywienia funkcjonujący i w naszych społeczeństwach: pomoc żywnościową. Najpierw wszyscy obywatele – a w końcu wszyscy mieszkańcy – mieli prawo do otrzymywania, za darmo albo ze znaczną zniżką, podstawowych produktów – zboża, chleba, oliwy – w ramach państwowej ochrony przed głodem; czasem ta ochrona nie działała, ale często jednak tak.

„Tylko w Rzymie państwo karmi biednych ubogich. Na Wschodzie biedni uważani są za kłopot i jeśli nie mają za co kupić chleba, zostawia się ich, aby umarli z głodu” – pisał Marek Antoniusz w liście z lat trzydziestych I wieku przed Chrystusem.

Po raz pierwszy na tak dużą skalę zorganizowano globalny program pomocy żywnościowej. Zboże, które przywódcy rzymscy rozdawali ubogim, sprowadzane było z Sycylii albo Egiptu, oliwa z prowincji Hispania bądź z Syrii. Wiedzieli oni – mówili o tym – że jest to cena pokoju: wypłacali niejako trybut przyczajonemu wrogowi, który nigdy nie zasypiał – ludowi Rzymu.

Właśnie tam, w tamtej epoce, pojawiło się słowo powiązane z praktyką podstawowego rozdawnictwa: za każdym Rzymianinem posiadającym władzę szły posłusznie, korzystając w zamian za to z jego łask, setki, tysiące osób stojących niżej – klientów.

System ten miał ich przetrwać.

anton-von-werner-gastmahl-symposion

Obraz niemieckiego malarza Antona von Wernera „Das Gastmahl” (Uczta), fragment fresku „Symposion” (1877 r.).

roberto-bompiani-1887-a-roman-feast

Roberto Bompiani, malarz włoski – A Roman Feast (Rzymska uczta). Obraz powstał ok. roku 1887.

3

Od początków cywilizacji głód był jedną z najpotężniejszych broni, ekstremalną formą sprawowania władzy – zmuszał do kapitulacji miasto, któremu odcięto zaopatrzenie, pozwalał zyskać przychylność albo zrozumienie u ludności, której oszczędzono głodu dzięki rozdawnictwu żywności. Okazywał się skuteczny w wielu innych sytuacjach.

Stanowił zagrożenie, bo nigdy nie przestał być obecny. Głód i możliwość jego wystąpienia były przez tysiąclecia zwyczajnym tłem życia.

Można podejrzewać – i wiele razy zostało to potwierdzone – że w pewnym stadium głód potrafi rozłożyć każdą społeczność, zniszczyć każdą solidarność, pozrywać wszelkie więzy. Historia plemienia Ików nabrała takiego rozgłosu, że trafiła, w postaci sztuki, na deski teatru, przedstawiona przez Petera Brooka.

Ikowie byli plemieniem łowców-zbieraczy z północy Ugandy, których rząd wygnał z ich terenów łowieckich i skazał na głodowanie. Ich losy stały się wówczas przerysowaną metaforą, inscenizacją najgorszego, co głód może uczynić z jakimś ludem. Ikowie nie mieli właściwie co jeść i uznali, że nie mogą pozwolić sobie na luksus dzielenia się pożywieniem. Ich formą walki ze skrajnym głodem był skrajny indywidualizm. Dosłownie: ratuj się, kto może. Trzyletnie dzieci, porzucane przez rodziców, łączyły się w dziecięce bandy, szukając możliwości przetrwania i zdobywając żywność przez obrabowywanie kogo się da, przede wszystkim ludzi najstarszych i najbardziej bezbronnych, osłabionych głodem.

Jeśli dożyły ośmiu lat, przyłączały się do innej bandy, jeszcze bardziej bezwzględnej – wyrostków poniżej trzynastego roku życia. Ci grasowali razem, by, osiągnąwszy wiek młodzieńczy, zacząć walczyć o przeżycie na własną rękę, każdy absolutnie sam. I często w takim osamotnieniu umierali, bo jeśli nie udało im się zdobyć czegoś do jedzenia, nie mogli liczyć na niczyją pomoc. Nikt nie ofiarowywał im jedzenia – pisał Colin Turnbull, antropolog brytyjski, który ich badał – bo nie ofiarowywał w ogóle niczego, nawet współczucia; widok członka rodziny czy sąsiada umierającego z głodu gdzieś pod drzewem nie zasługiwał na uwagę. Chyba że można było mu coś wyszarpnąć.

W znakomitej książce zatytułowanej Hunger. An Unnatural History (Głód. Historia nienaturalna) Sharman Apt Russell opisuje, zaobserwowane przez Roberta Dirksa, trzy fazy pojawiające się kolejno w obliczu groźby głodu.

„Na początku ludzie zauważają niebezpieczeństwo i podnoszą ogólny alarm. Stają się podnieceni i bardziej towarzyscy. Chętniej dzielą się z innymi i organizują na przykład darmowe posiłki. Przemieszczają się. Narastają emocje. Pojawia się drażliwość i złość, niepokój, polityczne zamieszki, szabrownictwo. Może być obserwowany wzrost religijności, pobożności, mistycyzm.

W drugim etapie opór skierowany jest przeciwko samemu głodowi, a nie jego przyczynie. Ludzie oszczędzają siły, zamiast je wydatkować. Stają się mniej towarzyscy, nakierowują działania na zdobycie pokarmu. Małe zamknięte grupy takie jak rodziny zapewniają największe szanse przetrwania. Przyjaciele i dalsi krewni zostają często odsunięci. Ludzie często kradną. Zorganizowane akcje polityczne cichną, choć pojawiają się sporadyczne wybuchy agresji i przemocy. W owym okresie społecznej niestabilności obywatele z większą ufnością zwracają się ku władzy. (…)

Ostatni etap to upadek jakiegokolwiek odruchu współdziałania, nawet pomiędzy członkami tej samej rodziny. Zjawisko to może następować stopniowo. Najpierw ofiarą padają najstarsi, potem małe dzieci. Ludzie stają się fizycznie i psychicznie wyczerpani, godzinami siedzą, wpatrują się w milczeniu w przestrzeń. (…)

Jak napisał Dirks: »Katastrofy wyzwalają w człowieku to, co najgorsze, i to, co najlepsze, zwielokrotniają to, co posiada w sobie«” 1 .

Głód był tym, co już istniało.

food-sandwich-ham

„W tym roku wielki głód przyszedł na całą prawie Galię. Wielu mianowicie piekło chleb z nasion winogron, kwiecia leszczyny, niektórzy też z wysuszonych i na proszek startych korzeni paproci, z niewielką domieszką mąki. Wielu także ścinało zielone zasiewy i postępowało podobnie. Było nadto wielu takich, którzy nie mieli nic mąki. Zbierali oni różne zioła i jedli je. Popuchli od nich wszakże i poumierali” 2 – pisał Grzegorz z Tours, wyniesiony później na ołtarze, w swojej Historii Franków z VI wieku.

Głód stanowił cząstkę życia tak samo jak sen, cudzołóstwo, śmierć, rodzina; trwał z uporczywością tego, co naturalne, z siłą rzeczy istniejących ponad wszelką wątpliwość. Średniowieczny Zachód był światem obleganym przez głód. Załamanie się rzymskich struktur administracyjnych oraz handlu, spadek liczby ludności, zarzucenie technik uprawy roli, wszystko to spowodowało znaczne obniżenie poziomu produkcji i ograniczyło obieg żywności.

W świecie, w którym każda okolica musiała wyżywić się sama, a komunikacja i transport stanowiły rzadki luksus, wystarczyło, że w jakimś regionie zapanował nieurodzaj – z powodu chorób, suszy, wojny, rabunku bezwzględnego pana – by jego mieszkańcy tysiącami umierali z głodu.

Nie było państw, które by cokolwiek rozdzielały; Kościół zajmował się tym z rzadka – o wiele skuteczniej potrafił wykazać rację, logikę głodu, usprawiedliwić go. W świecie rządzonym przez wszechmogącego Boga ktoś mógłby się zastanawiać, dlaczego brakuje jedzenia, dlaczego Bóg nie zadba o jego wystarczającą ilość. Odpowiedź chrześcijaństwa brzmiała: głód jest sprawiedliwą karą dla tych, którzy w jakikolwiek sposób obrazili Boga.

Czasem ów Bóg w swej wielkoduszności pozwalał, aby jego kapłani nieśli pomoc wychudzonym zabłąkanym owieczkom. W ikonografii średniowiecznej głodujący przedstawiani byli jednak jako ostrzeżenie dla wierzących: oto, co cię czeka, jeśli nie zaakceptujesz mojego autorytetu, moich reguł, mojej władzy, jeśli nie będziesz wypełniać moich poleceń. Otaczało ich nie współczucie czy sympatia, lecz wzgarda, budzili lęk, mieli pokazywać, do czego może doprowadzić niemoralność, gnuśność, folgowanie grzechowi.

Ich los stanowił przestrogę, ostrzeżenie.

Pewne systemy działają lepiej niż inne, ale żadna ideologia nie obejdzie się bez przekonania głodujących, że dzieje im się tak z ich winy, ich winy, ich bardzo wielkiej winy.

W tamtej epoce w rejonach największego dostatku rozprzestrzeniły się państwa islamskie, zajmując większą część północnej Afryki, południe Europy, Bliski Wschód, centrum Azji. Dzięki wprowadzeniu nowej techniki trójpolówki, systemom irygacji, młynom, uprawie pochodzących z różnych stron roślin, takich jak trzcina cukrowa, ryż, banany, cytrusy, bakłażany, kokosy, melony, produkcja rolna ożywiła się do tego stopnia, że można było zaspokoić potrzeby największych ówczesnych miast, jak Bagdad i Kordoba, które liczyły niemal milion mieszkańców – gdy, dla przykładu, Londyn liczył w tamtym czasie 10 tysięcy i konsumował niewiele.

„Kiedy zabrakło już zwierząt do jedzenia, ludzie, nękani głodem, żywili się padliną i innymi odpadkami. Niektórzy próbowali zaspokoić głód, zjadając korzonki i rośliny wodne, ale na próżno: karzący gniew Boga ścigał ich dalej. (…) Przez trzy lata ziemia była tak nasiąknięta nieustannie padającymi deszczami, że nie dawało się wyorać jednej skiby; przez trzy lata głód pustoszył ziemię.

O, biada: z powodu furii głodu ludzie zaczęli jeść ciało ludzkie. Podróżnych napadali silniejsi, odcinali im członki, piekli je i zjadali. Częstokroć tym, którzy uszli przed głodem i prosili o nocleg, gospodarz ucinał głowę, żeby zjeść ciało. Byli tacy, którzy zwabiali dziecko w odludne miejsce, pokazując mu owoc czy jajko, tam zaś zabijali je i zjadali. W wielu miejscach ciała zmarłych wykopywano, żeby nasycić głód. Szaleństwo przyjęło takie rozmiary, że biegające wolno zwierzęta mniej były zagrożone niźli ludzie. Powszechne stało się zjadanie mięsa ludzkiego, uwięziono zatem pewnego człeka, który sprzedawał pieczeń ludzką, jako rzekomo zwierzęcą, na rynku w Tournus. Zatrzymano go, a nie wyparł się haniebnej zbrodni. Został przywiązany do słupa i spalony. Wówczas tej samej nocy kto inny poszedł odkopać ciało, zjadł je i także skończył na stosie” – opowiada mnich benedyktyński Raoul Glaber w Historiae, swojej sławnej kronice klęsk głodu w Europie Zachodniej w latach 1031-1033.

Kanibalizm należał do zjawisk – mówiąc oględnie – niecodziennych, głód – nie. W ciągu tysiąca lat po upadku cesarstwa rzymskiego nie było dekady, żeby przynajmniej jakiś jeden region Europy nie został dotknięty klęską straszliwego głodu.

Prawdziwa klęska zdarzała się jednak sporadycznie; zwykłym stanem był głód jako nieustające zagrożenie, horyzont życia codziennego.

hunger-famine-starvation-malnutrition

famine-memorial-ireland

Famine Memorial w Dublinie – pomnik ofiar Wielkiego głodu w Irlandii (1845–1849). W tych latach ludność kraju zmniejszyła się z 9 milionów do 6,5 miliona (1,5 mln zmarło z głodu, 1 mln wyemigrowało, głównie do USA).

Sytuacje takie nie następowały po sobie oczywiście w sposób regularny, nie powtarzały się cyklicznie. Był to raczej kręty szlak pośród różnych zmiennych: poprawiały się narzędzia i technika uprawy roli, zajmowano nowe ziemie, produkowano więcej żywności – następował wzrost populacji, póki na skutek tegoż wzrostu znowu nie zaczynało brakować jedzenia albo też wojna czy zaraza nie załamywały tak chwiejnej zawsze równowagi. W tamtych czasach, w Europie, kryzysy tego typu były gwarantowane i powtarzały się nieustannie, niemal w każdym miejscu.

Jeden z takich cykli pauperyzacji zaczął się w początkach XIV wieku, a jego kulminację stanowiło pojawienie się w 1348 roku choroby, która zaatakowała osłabioną ludność Europy: wskutek dżumy, zwanej czarną śmiercią, wymarła jedna czwarta jej mieszkańców.

W społeczeństwach, w których tylu ludzi cierpiało głód, ci, którzy byli od niego wolni, narzucali sobie posty. Głód zawsze stanowił formę pewnego oczyszczenia. Religie monoteistyczne kładą silny nacisk na stan braku pokarmu, starając się narzucić post, czyli kontrolowaną formę głodu, i udowodnić, że jakiś bóg i jego słudzy potrafią zmusić nas do robienia tego, czego byśmy inaczej nie zrobili. Zmusić do zadawania sobie gwałtu dla oddania hołdu najbardziej absolutnej władzy.

Religia musi być narzucana wbrew naturze. Jest to kultura w postaci ekstremalnej: kultura, która tłumaczy ten świat, stwarzając inne. Post jest triumfem kultury, pomnikiem jej dumy. W myśleniu religijnym – takim, które zakłada, że istnieje coś lepszego niż ludzie, czyli że my, ludzie, jesteśmy rasą niższą – jedzenie stanowi wyraz słabości. Bylibyśmy lepsi, gdybyśmy nie musieli jeść. Jedzenie zawsze było pojmowane jako powinność przykra, niska. Istoty wyższe są od niej wolne. Tradycja chrześcijańska nie wspomina nigdzie, żeby Bóg cokolwiek jadł; w grecko-rzymskiej, na przykład, antropomorficzni bogowie żywili się nektarem i ambrozją. Post jest właściwy aniołom – twierdzili chrześcijanie – wykracza poza to, co naturalne.

Pościć to znaczy akceptować zakłócenie naturalnego porządku, przyjąć porządek kulturowy, religijny, który jawi się jako nadprzyrodzony, czy raczej prenaturalny, uprzedni w stosunku do natury, stwarzający ją. Natura to dekadencja – ciało to dekadencja. Do dekadencji prowadzi karmienie ciała; to, co nadprzyrodzone, naprawia, koryguje ciało.

Nie ma nic bardziej prymitywnego niż jeść, aby zaspokoić głód.

food-dinner

Dla większości tamtych ludzi obżarstwo nie było jednak grzechem, było cudem. Tylko nieliczni jedli dużo; bardzo liczni jedli mało i odżywiali się źle. Spożywanie mięsa stanowiło niemal wyłączny przywilej szlachetnie urodzonych, rezerwujących sobie prawo do polowania. Przez ponad tysiąclecie dieta mieszkańców Europy była tak uboga, że każde pogorszenie warunków życia stanowiło dla nich zagrożenie.

Przez całe stulecia głód oznaczał po prostu niedostateczną ilość pożywienia – technika uprawy była prymitywna, zbiory mogły się nie udać na skutek złej pogody lub wojny. Lecz poza tym pożywienie nie zawierało zwykle niezbędnych składników; skutkowało to chronicznym, permanentnym niedożywieniem. W Hôtel-Dieu, wielkim szpitalu w średniowiecznym Paryżu, wielu pacjentów wracało do zdrowia dzięki samej hospitalizacji; poprawę stanu przypisywano czasem cudowi. Wiele lat później stwierdzono, że pacjenci zdrowieli, gdyż jedli chleb pszenny, bardziej pożywny niż ciemne pieczywo – z otrębów jęczmiennych bądź żytnich – na którym musieli poprzestawać u siebie, we własnych domach.

Potrawy bogatych, potrawy biednych. Przez większą część średniowiecza potrawy spożywane przez warstwy uprzywilejowane miały w sobie solidną porcję przypraw: różnych rodzajów pieprzu, goździków, cynamonu, imbiru, szafranu. Niewielu było stać na takie rarytasy. Od XVI wieku, kiedy przyprawy staniały na skutek ożywienia światowego handlu, w bogatych domach pojawił się nowy styl gotowania, oparty na smalcu, świeżych warzywach i innych produktach, do których w miastach dostęp mieli nieliczni. Było to powtórzenie na szerszą skalę podstawowego zróżnicowania: mieć albo nie mieć, jeść albo nie jeść.

food-sushi

Zróżnicowania, którego na dodatek bronili ówcześni lekarze. Wiele nader uczonych traktatów – jak Régime de santé pour les pauvres, facile à tenir Jacques’a Dubois wydany w Paryżu w roku 1545 – stwierdzało, że biedni powinni trzymać się przynależnej im diety, jeść przede wszystkim czarny chleb, cebulę, czosnek, pory, ciecierzycę, owsiankę, ewentualnie boczek, zupy, a delikatne przysmaki pozostawić panom, którzy potrafili je konsumować. Dla swego dobra, ma się rozumieć. Ich żołądki nie były bowiem przyzwyczajone do ptactwa, ryb, słodyczy, bakalii, do wyrafinowanych smaków, i nie umiałyby tych rzeczy strawić; mogłoby się to skończyć chorobą i śmiercią. Widzimy, że nauka troszczyła się o ubogich tak jak i teraz.

„Zasiadł oto Cabra za stołem i odmówił błogosławieństwo. Spożywali wieczerzę pod znakiem wieczności, bez początku i końca. Przyniesiono bulion w drewnianych miseczkach, tak przejrzysty i blady, że gdyby się w jednej z nich przeglądał Narcyz, w większym byłby niebezpieczeństwie niż nachylony nad źródłem” – śmiał się mistrz Quevedo 1 ”.

Ludzie, którzy cierpieli głód, chcąc dać upust fantazji, w walce z nim wymyślali niezwykłe miejsca, krainy szczęśliwości, gdzie domy zbudowane są z szynki, dachy z łososi i okoni, a „na ulicach pieką się ogromne gęsi, same się obracają, polewane białym sosem czosnkowym, i same układają na nakrytych białymi obrusami stołach, obok fontann tryskających winem”. Miejsca te nazywane były w zależności od kraju Cocagne, Cuccagna, Kukania czy Jauja – kraina pieczonych gołąbków – i zawsze znajdowały się daleko, za morzami. I, o dziwo, pewnego dnia żeglarze, których można by uznać za żeglarzy hiszpańskich, stwierdzili, że tę krainę znaleźli. Nowo odkryta Ameryka nie oferowała aż takich luksusów, niemniej produkty, które zostały stamtąd przywiezione, na zawsze odmieniły żywność świata. Ziemniaki, pomidory, kukurydza, papryka i wiele innych sprawiły, że biedni mieli odtąd coś na pociechę – w żadnym razie jednak nie pieczone gołąbki; głód utrzymywał się, a ludzie odżywiali się coraz gorzej.

Powtórzyła się sytuacja, która zaistniała wraz z pojawieniem się rolnictwa: rozwój technik rolnych i eksplozja demograficzna sprawiły, że więcej ludzi jadło potrawy mniej urozmaicone, odżywiało się gorzej.

food-cake

Były to czasy, w których Jonathan Swift pisał swój esej A Modest Proposal (1729), jedną z wielkich satyr w historii, w której sugerował rozwiązanie problemu głodu w Irlandii poprzez zjadanie głodujących:

„Zostaje zaledwie sto dwadzieścia tysięcy nowo narodzonych dzieci biedaków rocznie. A teraz zapytajmy: jak wszystkie te dzieci wyżywić i wychować, skoro, jak się rzekło, w obecnym stanie rzeczy żadną znaną metodą nie podobna tego dokonać. Ponieważ nie możemy dać im zatrudnienia ani w rzemiośle, ani na roli, skoro ani domów nie budujemy (ma się rozumieć, po wsiach), ani ziemi nie uprawiamy; zaś mało które dziecko, chyba nad wiek pojętne, przed szóstym rokiem może się samo ze złodziejstwa wyżywić, a lubo przyznaję, że do rzemiosła tego są od małego przysposabiane, w młodszym wieku za czeladników jeno uchodzić mogą, a to wiem od pewnego znacznego dżentelmena z hrabstwa Cavan, który mnie zapewnił, że nawet w owej słynącej z biegłości w rzeczonym rzemiośle części naszego królestwa spotkał się może z paroma przypadkami złodziejaszków mniej niż sześć lat mających.

Dowiedziałem się od kupców naszych, że chłopak albo dziewczyna przed dwunastym rokiem życia nie jest poszukiwanym towarem; nawet po osiągnięciu tego wieku, dają za niego albo nią nie więcej jak trzy funty, w najlepszym razie trzy funty i pół korony, z czego ani rodzice, ani królestwo nijakiego nie mają zysku, jako że wyżywienie i najnędzniejszy przyodziewek musiały kosztować co najmniej cztery razy więcej.

Teraz przeto niech wolno mi będzie podzielić się mymi przemyśleniami, które, jak ufam, najmniejszej nie powinny wzbudzić obiekcji.

Pewien mój londyński znajomek, dobrze znający się na rzeczy Amerykanin, zapewnił mnie, że młodziutkie i zdrowe, dobrze odżywione roczne niemowlę wielce jest smakowitym i nader pożywnym pokarmem, zarówno duszone w jarzynach, jak i pieczone, smażone czy gotowane, z czego wnoszę, iż nadaje się także do przyrządzenia gulaszu albo potrawki.

Przeto pozwalam sobie pokornie poddać ogółowi pod rozwagę propozycję, aby z owych wyliczonych wcześniej stu dwudziestu tysięcy dzieci zachować dwadzieścia tysięcy dla dalszego rozrodu, z czego jedną czwartą stanowiłyby dzieci płci męskiej – więcej, niż się zazwyczaj praktykuje w hodowlach owiec, bydła rogatego czy świń – a to przez wzgląd na to, iż są to po większej części dzieci nieślubne, którą to okoliczność nasi barbarzyńcy za nic sobie mają, tedy jeden samiec do obsłużenia czterech samic wystarczy. Pozostałe sto tysięcy dzieci, kiedy osiągną jeden rok życia, można by oferować na sprzedaż dostojniejszym a bogatszym obywatelom królestwa, przykazawszy wprzódy matkom, aby w ostatnim miesiącu obficie karmiły maleństwa piersią, a to dla dodania im przed podaniem na stół pulchności. Na przyjęcie w gronie przyjaciół z jednego dziecka dwa dania mieć można, a gdy rodzina sama do stołu zasiada, zadnia i przednia część na grzeczny wystarczy posiłek, zaś przyprawione odrobiną soli i pieprzu na czwarty dzień, osobliwie zimą, najlepsze będą, kiedy je ugotować” 2 .

Nie jest potwierdzone, czy propozycja Swifta została zrealizowana. Choć nie można tego wykluczyć. Na przykład jego krajan, wielebny Thomas Malthus, potraktował ją chyba raczej na serio.

„Tymczasem lud Paryża dosłownie umierał z głodu. Każdego dnia z głębi owych mrocznych dzielnic, w których czyha niepokój, mieszka zaś bladość, od czwartej rano wychodziły grupki kobiet, dzieci, starców, wołających wielkim głosem, że chcą żyć. Chleb był zdobyczą. I to jaki chleb! Masa, której brunatny kolor, ziemisty smak, cuchnąca woń mówiły o szkodliwych składnikach zmieszanych z mąką. Któż opisze rozpacz matki, trzymającej na kolanach głowę swego dziecka zmarłego z głodu!”, pisał w Histoire de la Révolution française Louis Blanc.

Głód był i tutaj początkiem. Robotnik paryski zarabiał dziennie mniej niż 20 sous. Bochenek chleba ważący cztery funty – niecałe dwa kilogramy – który stanowił niemal całe jego codzienne pożywienie, osiągnął cenę 15 sous. Dlatego rewolucja zaczęła się od tego, że tysiące ubogich mieszkańców Paryża zażądały chleba – otrzymując w odpowiedzi jeden z najmniej lubianych żartów w historii: „Skoro nie mają chleba, niech jedzą ciastka”.

Rozpoczęła się rewolucja, trwająca, w pewnym sensie, do dzisiaj.

food-ham-wine* * *

Martín Caparrós, Głód (El hambre). Wydawnictwo Literackie, marzec 2016 r. Stron: 716.

glod-caparros-bookPonad 795 milionów ludzi na świecie wciąż cierpi głód. Co dziewiąty mieszkaniec Ziemi nie ma co jeść. Niemal połowa dzieci, które kończą życie przed piątymi urodzinami, umiera z powodu niedożywienia – 3 miliony każdego roku. „Większość głodujących to ubodzy mieszkańcy krajów rozwijających się. Wciąż jest na świecie 1,4 miliarda ubogich. Miliard czterysta milionów ubogich, czyli ludzi, którzy nie mają niczego z rzeczy uznawanych przez nas za tak codzienne, tak oczywiste – domu, jedzenia, ubrania, światła, wody, perspektyw, nadziei, przyszłości – nie mają teraźniejszości”. Caparrós w porywający sposób przedstawia historię zmagań człowieka z głodem na przestrzeni tysiącleci i udowadnia, że to właśnie głód był jednym z, a być może nawet najważniejszym czynnikiem, który ukształtował naszą cywilizację. Filozofia, sztuka, ekonomia, rolnictwo, gospodarka – u ich źródeł zawsze znajdziemy jedno słowo. Głód.

Dlaczego współczesny świat nie potrafi rozwiązać problemu głodu? Martín Caparrós, jak na rasowego dziennikarza przystało, unika prostych odpowiedzi. Odwiedza wielkie biurowce, siedziby światowych firm i przeludnione slumsy. Na kilkuset stronach bezlitośnie obnaża mechanizmy pogłębiające problem niedożywienia. Eksplozja demograficzna, nierówności społeczne, spekulacje cenami żywności, masowy wykup ziemi, fundusze walutowe, korupcja, wielkie korporacje – to wszystko tworzy złożony system, w starciu z którym jednostka nie ma żadnych szans.

„Autor zdołał ukazać straszliwą globalną normalność jako skandal” – Frankfurter Allgemeine Zeitung.

„Caparrόs […] stworzył opowieść, która nie daje zasnąć. Powstał nie lament i nie manifest, lecz poruszająca wiwisekcja straszliwej prawdy o tym, jak pozwalamy głodować blisko miliardowi ludzi. To, jak dotąd, najważniejsza książka XXI stulecia” – Paulina Wilk.

Przedstawiliśmy zaledwie krótki fragment tej poruszającej książki. Wydana po polsku w marcu 2016 r. jest przez wielu uważana za jedną z najważniejszych publikacji w XXI wieku. Powinna być obowiązkową lekturą dla każdego, szczególnie może elit polityki i biznesu, by uświadamiać, że – mimo iż zdobyliśmy Księżyc, wprowadzamy coraz bardziej wyrafinowane technologie – zgubiliśmy gdzieś po drodze nasze człowieczeństwo.

GotoweSpolki.pl

Autor: 
John Lennon
Źródło: 

newtimesnews

Dział: 
video: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.