Chatyń. Czyli jak Ukraińcy mordowali Polaków na Białorusi

Reklama

Ukraińscy nacjonaliści mordowali Polaków nie tylko na Ukrainie, ale także na Białorusi. Ich zbrodnie szły na konto mocodawców, którym służyli, czyli Niemców. Ukraińcy oficjalnie nie figurują na listach zbrodniarzy jako nacja. Jeśli już, to jako pojedyncze jednostki. Swoistym paradoksem jest, że wśród ofiar nazistowskiego terroru na Białorusi rzadko który badacz wymienia też Polaków. Wśród zamordowanych przez Niemców i ich pomocników figurują tylko Białorusini. O Polakach praktycznie się nie wspomina, a przecież stanowili oni znaczny odsetek mieszkańców nawet wschodniej, czyli sowieckiej Białorusi.

II wojna światowa strasznie przeorała Białoruś. Statystyki jednoznacznie mówią, że republika ta została najbardziej dotknięta przez niemiecką okupację i wojnę. Zachar Szybieka, białoruski historyk, podaje, że podczas wojny zginęło około 2,7 mln osób, czyli więcej niż jedna czwarta przedwojennej ludności kraju (Ukraina utraciła około 20 proc. ludności, Rosja – 5,4 proc.). Jedną trzecią ofiar stanowili Żydzi. O ile w 1941 roku stanowili 12,8 proc. ludności, o tyle w 1959 roku już tylko 0,9 proc. Wliczając do wielkości strat także tych, którzy nie powrócili z armii, z radzieckiej okupacji z Niemiec i tych, którzy nie narodzili się w czasie wojny, straty całej ludności Białorusi przekraczają 3 miliony.
W czasie wojny spłonęło około 9 tysięcy wiosek na Białorusi. 627 wsi padło ofiarą pacyfikacji. Ich mieszkańców wymordowano lub w najlepszym razie wywieziono na roboty do Rzeszy.

Jak podaje znany białoruski historyk Eugeniusz Mironowicz, na Białorusi Niemcy nie bawili się w detale, ale organizowali wielkie, masowe akcje pacyfikacyjne, w czasie których „oczyszczali” całe połacie kraju ze wsi i zamieszkującej je ludności. Zdolnych do pracy spędzali na ciężarówki i wywozili do obozów, z których jechali na roboty do Niemiec. Niezdolnych do pracy mordowali. Cały majątek mieszkańców rabowali. Wsie zaś palili. Jako jeden z przykładów takiego bestialstwa Eugeniusz Mironowicz podaje akcję „Kotbus”, przeprowadzoną w okolicy Borysowa i Lepla, w której Polacy stanowili znaczny odsetek ofiar. Akcja ta była zrealizowana w czerwcu 1943 roku. Schwytano podczas niej 10 tysięcy obywateli sowieckich, z tej liczby 6 tys. wysłano do Niemiec. Co hitlerowcy zrobili z pozostałymi, możemy się tylko domyślać. W sprawozdaniu nie ma o nich żadnej wzmianki. Spalono doszczętnie 113 miejscowości!

Po niewolników i łupy

Chatyń - pomnik zamordowanych dzieci. Fot. Muzeum Chatyń

Chatyń – pomnik zamordowanych dzieci. Fot. Muzeum Chatyń

Po akcji „Hamburg” naziści odnotowali, że zabito 1676 partyzantów, 1510 „podejrzanych”, 658 Żydów i 30 Romów. Przeprowadzali zaś ją koło Słonimia w grudniu 1942 roku. „Kulista błyskawica”, podczas której naziści „oczyszczali” okolice Witebska, doprowadziła do likwidacji 3700 partyzantów i cywilów i spalenia 169 miejscowości. W czasie innej akcji łupem Niemców padły 582 tony żywności, 8365 sztuk zwierząt rzeźnych oraz 20.141 obywateli sowieckich, których wysłano na przymusowe roboty do Niemiec.
Z Borysówki w powiecie kobryńskim Niemcy zrabowali 455 sztuk bydła rogatego, 525 owiec, 258 świń, 33 konie, 13 kur, 399 worków zboża, 48 worków siemienia lnianego, 25 wozów niemłóconego zboża. Zabudowania wsi zostały spalone, a 169 osób rozstrzelano, w tym 49 mężczyzn, 97 kobiet i 23 dzieci.
W Borkach rozstrzelano 705 ludzi, w tym 203 mężczyzn, 372 kobiety, 130 dzieci. Mordercy zrabowali też 45 koni, 250 sztuk bydła rogatego, 65 cieląt, 450 świń i 300 owiec.

W trakcie innej operacji spalono trzy wsie, zabito wszystkich ich mieszkańców, czyli 1163 osoby, i „pozyskano” dla potencjału wojennego Rzeszy 1470 sztuk bydła, 1108 świń, 148 koni oraz 1225 owiec.
Przykłady takie można by mnożyć. Sporządzając raporty z każdej akcji, Niemcy z ogromną pedanterią dokumentowali swoje ludobójstwo. Przeprowadzając akcje „oczyszczające”, Niemcy zdawali sobie sprawę, że nie służą one bezpośrednio zwalczaniu partyzantki. Chcieli raczej stworzyć pustynie, na których pozbawieni wsparcia ludności cywilnej partyzanci nie mieliby żadnego oparcia. W przytoczonym przez Eugeniusza Mironowicza sprawozdaniu czytamy m.in.: „Komenda ochrony lasów z Baranowicz informuje, że sukces z powodu obecności w okolicy SS we wrześniu 1942 r. nie był zauważalny. Wielkie bandy nie zostały zniszczone, lecz wypchnięte i obecnie zajmują się naruszaniem porządku w takim wymiarze jak wcześniej. Część wiosek, w których zatrzymały się bandyckie zgrupowania, zostało okrążonych, ludność rozstrzelana, a zabudowania spalone. Podczas rozstrzeliwania niestety była zniszczona tylko spokojna część ludności. Ci, których sumienie było nieczyste wobec władz niemieckich, uciekli do lasu, zanim rozeszły się wieści operacji”.

Nie tylko Niemcy mordowali

W mordowaniu cywilnej ludności brali udział nie tylko Niemcy, ale także Litwini, Ukraińcy i rosyjscy renegaci z Brygady RONA Kamińskiego. Można śmiało zaryzykować tezę, że przedstawiciele tych trzech nacji wyróżniali się szczególnym zwyrodnialstwem. Zabijanie sprawiało im przyjemność. Jak podaje Mironowicz, litewscy strzelcy podczas likwidacji obozu dla ludności cywilnej w pobliżu Łohojska zamordowali 625 osób, a dwa dni później w Mińsku od ich kul zginęło 1150 osób. Wszystkich zamordowanych określano mianem komunistów, nie zważając na to, że wśród nich sporą grupę stanowiły dzieci.
Swój ślad na Białorusi zostawili także Ukraińcy. Tu ludobójcze ostrogi zdobywał m.in. Roman Szuchewycz, dowódca jednej z kompanii ukraińskiego batalionu policyjnego, który – jak pisze Mark Sołonin – podlegał 201 Dywizji Bezpieczeństwa. Skupił on w swych szeregach weteranów dwóch ukraińskich batalionów: Nachtigall i Roland, których członkowie przeszli przeszkolenie w ośrodkach Abwehry. Oba bataliony zostały wcześniej ściągnięte z frontu do obozu szkoleniowego w Neuhammer. Tu zostały przeformowane i przemundurowane. Ich członkowie nie mieli już żółto-niebieskich naramienników. Dowódcą batalionu został Jewhen Pobihuszczyj. Roman Szuchewycz został natomiast dowódcą jednej z kompanii w stopniu kapitana Wehrmachtu.

Historia Chatynia jest ciągle żywa na całym postsowieckim obszarze. Na zdjęciu okładka książki o "odeskim Chatyniu"

Historia Chatynia jest ciągle żywa na całym postsowieckim obszarze. Na zdjęciu okładka książki o „odeskim Chatyniu”

Ukraiński batalion od października 1941 do marca 1942 roku przechodził przeszkolenie, po czym zajmował się w ramach 201 Dywizji Bezpieczeństwa ochroną tyłów 3 Armii Pancernej Wehrmachtu. Dowodził nią znany zbrodniarz niemiecki, generał SS von dem Bach-Zelewski. Ukraiński batalion działał na terenach rozciągających się od Lepla do Witebska. Ukraińscy historycy zajmujący się gloryfikacją OUN-UPA starają się zamazywać ten okres działalności ukraińskiego batalionu, w którym jako oficer służył ich bohater narodowy. Twierdzą, że batalion zajmował się „ochroną mostów”. Pomijają przy tym – co wypunktował Mark Sołonin – podstawowe źródło, jakim są wspomnienia dowódcy tej formacji zatytułowane „Mozaika moich wspomnień”, w których można przeczytać m.in.: „Niewątpliwie zdarzały się częste walki z partyzantami, przeczesywanie lasów, ataki na miejsca ich postoju. (…) Jak to powiedział von dem Bach (…) spośród wszystkich 9 batalionów, które zajmowały się ochroną tyłów operacyjnych Frontu Wschodniego, nasz batalion wykonywał zadania najlepiej”.

Co robili najgorliwsi?

Jak podaje Eugeniusz Mironowicz, z rąk Ukraińców służących w batalionie zginęło około 2 tysięcy ludzi! Zaznacza też, że oficerowie tej formacji bardzo chwalili sobie służbę na Białorusi. Zdobyli ogromne doświadczenie, które wykorzystywali później w mordach ludności polskiej na Wołyniu. Stosowane przez OUN-UPA metody wyrzynania i rabowania polskich wsi są żywcem przeniesioną kopią niemieckich pacyfikacji stosowanych na Białorusi. Powszechną praktyką przejętą od Niemców przez Suchewycza i jemu podobnych było określanie w sprawozdawczości i propagandzie wszystkich zamordowanych, w tym także starców, kobiet i dzieci, mianem bandytów. Wystarczy przejrzeć „Litopysy UPA”, żeby się o tym przekonać. Wymordowanie polskiej wsi określano mianem „likwidacji polskiego bandyckiego gniazda”.
Okrucieństwem w mordowaniu sowieckich obywateli na Białorusi, w tym Polaków, wykazali się też Rosjanie z tzw. Rosyjskiej Wyzwoleńczej Armii Ludowej – RONA, dowodzonej przez Bronisława Kamińskiego, który później brał udział w likwidacji Powstania Warszawskiego, wykazując się wyjątkowym zwyrodnieniem. O metodach stosowanych przez „chłopców” Kamińskiego świadczą zeznania jednego z nich, który stanął przed sądem i któremu wymierzono sprawiedliwość. Niejaki Palczyński zeznał podczas przesłuchania: „Zatrzymaliśmy partyzancką kolumnę z żywnością w liczbie 40 furmanek i dostarczyliśmy do wsi Kowalewicze, gdzie przebywał major Frołow, który kazał rozstrzelać połowę kobiet, dzieci i starców znajdujących się w kolumnie, a pozostałych skierować do sztabu brygady i tam rozstrzelać. Rankiem, na rozkaz tegoż Frołowa, Kowalewicze zostały okrążone przez żołnierzy z plutonu rozpoznawczego i całkowicie spalone wraz z ludnością”.
Trzeba też wspomnieć, że w szeregach UPA znalazła się także część policjantów ze 118 batalionu, stacjonującego na Białorusi od listopada 1942 do lipca 1944 roku. Pierwsza i trzecia kompania tego batalionu, w których służyli wyłącznie Ukraińcy, brały udział we wszystkich najbardziej bestialskich operacjach zorganizowanych przez Niemców przeciwko ludności cywilnej. To one dokonały m.in. pacyfikacji słynnego Chatynia. Dowódcą batalionu był formalnie Niemiec Erich Körner, lecz operacjami karnymi dowodził 27-letni Ukrainiec Hryhorij Wasiura.

Pacyfikacja Chatynia

Bezpośrednią przyczyną pacyfikacji Chatynia był odwet za atak sowieckich partyzantów na konwój niemiecki, w trakcie którego zginął m.in. kpt. Hans Woellke, niemiecki kulomiot, złoty medalista igrzysk w Berlinie w 1936 roku, pełniący w 118 Batalionie funkcję dowódcy kompanii. Chatyń wybrano na miejsce odwetu dlatego, że leżał 6 km od miejsca ataku, a także ponieważ był wioską polską. W pacyfikacji zginęło 149 osób, w tym 75 dzieci. Zostali oni zapędzeni do stodoły, którą podpalono. Masakrę przeżył tylko jeden człowiek, 56-letni kowal Józef Kamiński.
Po wojnie Wasiura zaangażował się mocno w budowę socjalizmu na Ukrainie. Stał się bohaterem pracy socjalistycznej i wzorem sowieckiego patriotyzmu. Został jednak rozpoznany i po nitce śledczy dotarli do kłębka. On sam po zdemaskowaniu nie ukrywał swoich zbrodni. W sądzie stwierdził, że dowodził zgrają bandytów, których celem był rabunek, gwałty i pijaństwo. Niektórzy oficerowie i żołnierze byli sadystami, którzy według słów Wasiury „szaleli od zapachu krwi”.
Nie wszystkich zbrodniarzy dosięgła sprawiedliwość. Wielu z nich udało przedostać się na zachód i uzyskać patronat służb specjalnych. Wielu z nich dożyło późnej starości w USA czy Kanadzie. Jednym z nich był Władymir Katriuk. Władze rosyjskie wszczęły przeciwko niemu sprawę karną, oskarżając go o udział w wymordowaniu Chatynia, ale władze kanadyjskie odmówiły wydania go Moskwie, mimo że z oskarżeniami pod adresem Katriuka wystąpiły także środowiska żydowskie. Ostatni ukraiński zbrodniarz, który mordował Polaków w Chatyniu, zmarł, hodując pszczoły, w wieku 93 lat!
Nie wytrzymuje niestety konfrontacji z faktami opinia, że zbrodni w Chatyniu dokonali sowieccy partyzanci, którzy chcieli przykryć mord polskich oficerów w Katyniu. Taką wersję mógł puścić w obieg sam Kamiński, który ocalał z pogromu i przekazał ją m.in. Leonardzie Rewkowskiej. Sprawcy byli ubrani w niemieckie mundury, ale rozmawiali po ukraińsku; to mogło wprowadzić w błąd Kamińskiego. Być może też wersję tę puścił w obieg ktoś, komu zależało na odwróceniu uwagi od prawdziwych sprawców.
Jedno jest pewne i nie ulega wątpliwości: w Chatyniu zginęli Polacy, a zbudowany tam monument czci ludobójstwo, którego dokonali na nich Ukraińcy. Choć w napisach przy pomniku nie ma o tym jak na razie ani słowa.

Autor: 
Marek A. Koprowski
Źródło: 

czasnahistorie.pl

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama