Gang jednonogich morderców. Jak udało im się zabić tylu ludzi?

Reklama

ndz., 09/23/2018 - 18:44 -- koscielniakk

Wiemy, że jego członkowie zabijali już w starożytności. Znano ich zresztą nawet wcześniej. Po dziś dzień część z nich likwiduje aż 95 procent swoich ofiar. Czy to oni znajdują się u źródeł miejskich legend, mówiących że kogoś pozbawiono zdrowych narządów wewnętrznych? Ile naprawdę mają ofiar na sumieniu?

 

 

Zwykle działają podstępnie, na swoje ofiary wybierając nieświadomych zagrożenia ludzi. Ich znakiem rozpoznawczym jest posępny kapelusz. Pod nim kryją pokłady trujących substancji, takich jak amanityna, orelanina czy fallotoksyna. Często zabijają powoli: trwa to tygodnie, a nawet lata! Gdy ktoś ma szczęście, czeka go śpiączka, ślinotok lub zniszczona wątroba. Pechowcy są skazani na śmierć.

Członkowie tego gangu w maju tego roku pozbawili życia co najmniej 11 Irańczyków, a 800 wysłali do szpitali. O kim mowa? Ta kryjąca się po lasach całego świata mordercza szajka to... grzyby trujące.

 

Starożytna czarna wdowa i inne dawne przypadki

Wiele osób uważa, że z powodu zatrucia grzybami zmarł sam Budda. Podobno został zaproszony przez kowala Czundę na wieczerzę składającą się z potrawki z tych leśnych przysmaków. Chciał być uprzejmy w stosunku do gospodarza i nie odmówił. Niestety, był to ostatni posiłek hinduskiego mędrca. Następnego dnia dostał on bardzo ciężkiej biegunki, w wyniku której zmarł. Wcześniej przebaczył temu, kto podał mu przez pomyłkę toksyczne danie.

Jeszcze gorszy los spotkał ponoć rzymskiego cesarza, Klaudiusza. Tego bowiem z premedytacją otruła grzybami własna żona. Użyła do tego najprawdopodobniej muchomorów sromotnikowych. Agrypina dokonała tego w roku 54. Dlaczego? Chciała, by na tronie zasiadł jej syn z pierwszego małżeństwa, Neron.

 

 

Według niektórych relacji jednonodzy mordercy mają na sumieniu jeszcze jednego cesarza. Chodzi o Karola VI Habsburga. Władca ten w październiku 1740 roku, a więc w pełni sezonu, udał się na polowanie. Posilił się wówczas potrawką z grzybów, po której od razu poczuł się źle. Wrócił do Wiednia, gdzie 20 października skonał. I to w jakim stylu! Przekaz głosi, że mimo ogromnego cierpienia monarcha znalazł w sobie siłę, by obsztorcować szambelana, że jako cesarz ma w chwili śmierci prawo do czterech świeczników. Cóż, grunt to dbać o swoje interesy do samego końca.

Ofiarą "szajki" padł też XVIII-wieczny kompozytor Johann Schobert, choć można powątpiewać, czy tym razem był to przypadek. Mężczyzna, którego muzyka była dobrze znana współczesnym i którą inspirował się sam Mozart, zmarł najprawdopodobniej w wieku około 32 lat. Wraz z nim otruło się śmiertelnie sześć innych osób.

Szczegóły tego tragicznego wydarzenia można znaleźć w korespondencji barona Grimma. Wraz z żoną, dzieckiem i kilkorgiem przyjaciół Schobert wybrał się na spacer w okolice Paryża. Udało im się znaleźć trochę grzybów. Wieczorem wesoła gromadka poszła do tawerny, gdzie poprosiła o przygotowanie dla nich dania z leśnych zbiorów. Szef kuchni zdecydowanie odmówił - od razu zauważył, że "zdobycze" nie nadają się do spożycia.

 

 

Niezrażeni grzybiarze udali się do kolejnego zajazdu, gdzie usłyszeli to samo. To jednak nie dało nikomu myślenia, zwłaszcza, że uczestniczący w wycieczce lekarz zapewnił wszystkich, że nie ma się czego obawiać. Znajomi zdecydowali się przygotować danie w domu: sami ugotowali sobie śmiertelną zupę. Skutek był do przewidzenia. Schobert wraz z żoną, dziećmi i bliskimi, wśród których znalazł się także pewny swej wiedzy lekarz, umarli w ciągu kilku dni. Przeżyło tylko niemowlę, które nie było jeszcze odstawione od piersi. Nikomu nie przyszło do głowy, by podać mu morderczy posiłek...

Autor: 
-----------
Źródło: 

menway.interia.pl

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama