NIEZBĘDNIK PODRÓŻNIKA XIX WIEKU. CO ZABRAĆ NA WYPRAWĘ, ABY PRZEŻYĆ?

Reklama

ndz., 11/04/2018 - 18:05 -- zzz

Podróże międzykontynentalne w XIX wieku bywały bardzo długie i niebezpieczne. Zarówno wielkie ekspedycje, jak i jednoosobowe wyprawy wymagały odpowiedniego przygotowania, sprzętu i towarzyszy, niekoniecznie ludzkich. Co należało ze sobą zabrać, by nie zginąć w czasie odkrywania „białych plam”?

 

 

 

W tym krótkim artykule zawarłem subiektywny wybór istotnych rzeczy, a nawet zwierzęcych przyjaciół, zabieranych przez podróżników epoki pary w swe wyprawy. Uwzględniłem w nim regiony świata o różnych warunkach klimatycznych, od mroźnych obszarów polarnych po gorące tropiki. Jednocześnie starałem się wspominać przykładowych polskich obieżyświatów tamtej epoki, którzy korzystali z opisanych elementów.

 

Anorak

Podczas pierwszych wypraw polarnych okazało się, że Europejczycy nie posiadali odpowiednich strojów, które zabezpieczałyby ich przed ekstremalnie niskimi temperaturami i niebezpieczną w takich warunkach wilgocią. Zanim polarnicy zaczęli ubierać się według obecnie przyjętego sposobu, tj. warstwowo, w stroje wykonane przede wszystkim z materiałów syntetycznych, brano przykład z ludów zamieszkujących obszary arktyczne i subarktyczne, a zwłaszcza Inuitów, dawniej zwanych Eskimosami.

Zapożyczono od nich m.in. anorak, czyli grubą, nieprzemakalną kurtkę z kapturem posiadającą ściągacze w talii i na mankietach. Zakładano ją przez głowę – nie była wówczas rozpinana z przodu (obecnie produkowany jest również taki wariant). Wykonywano ją – podobnie jak inne elementy odzienia dawnych polarników – ze skór i futer zwierząt, zwłaszcza fok, wilków albo reniferów.

Inuicka rodzina w tradycyjnych parkach, 1917 r. (fot. George R. King, „National Geographic Magazine”, Vol. 31 (1917), s. 564, domena publiczna)

Podobna do anoraka, choć dużo dłuższa, była parka, również zaadaptowana przez podróżników z krajów zachodnich. Wypełniana jest ona puchem, dawniej naturalnym, obecnie często syntetycznym.

Broń

Henry Morton Stanley ze strzelbą i w hełmie korkowym. Obok stoi Ndugu M’Hali (Kalulu) – niewolnik uwolniony przez Stanleya, jego służący i towarzysz (fot. London Stereoscopic & Photographic Company, Smithsonian Institution Libraries, nr SIL28-277-01, domena publiczna)

Wędrując przez niebezpieczne miejsca i przewożąc ze sobą cenne przedmioty i towary, np. wydobyte niedawno złoto, podróżnicy musieli mieć ze sobą broń dla własnej ochrony. Obieżyświatom mogli zagrażać na szlaku bandyci, inni podróżnicy, a czasem i rdzenni mieszkańcy danych ziem, choć ci ostatni, według polskich relacji, stawali się źródłem niebezpieczeństwa raczej rzadko i w wyjątkowych okolicznościach.

Podczas dalekich wypraw broń była też niezbędna do polowań. Organizowano je zasadniczo w trzech celach. Po pierwsze, co jest chyba najbardziej oczywiste, by zdobyć dla siebie pożywienie. Po drugie, w przypadku „sportowych” myśliwych, dla trofeum łowieckiego. Po trzecie, aby pozyskać okaz do spreparowania dla którejś z placówek naukowych – tak czynili przede wszystkim zoolodzy. W XIX wieku było to dość popularne, m.in. dlatego, że transport żywych zwierząt był drogi i dość trudny do zorganizowania.

W XIX stuleciu bardzo popularną bronią, także wśród podróżników, był nóż Bowie. Poza walką stosowano go także do skórowania i ćwiartowania zabitej zwierzyny. Nazwę swą zawdzięcza Jimowi Bowiemu – amerykańskiemu pionierowi, który spopularyzował go pod koniec lat 20. XIX wieku. Nóż ten produkowany był w wielu wersjach, które różniły się od siebie wyglądem.

Bowie charakteryzował się szeroką (4–5 cm), długą (przynajmniej 20 cm) i prostą głownią. Stosowany był w wielu krajach i regionach świata, zabierano go nawet na wyprawy polarne. W Kalifornii zapoznał się z nim żołnierz i poszukiwacz złota polskiego pochodzenia Gustaw von Tempsky, który miał następnie wprowadzić tę broń do użytku w nowozelandzkich oddziałach zbrojnych. Obecnie nóż ten znany jest m.in. z hollywoodzkich filmów akcji.

Z broni palnej w drugiej połowie stulecia poważane były różnego rodzaju rewolwery, m.in. amerykańskich firm Colt i Smith & Wesson, a także karabiny, np. produkowane przez Winchester Repeating Arms Company. Zarówno pierwsze, jak i drugie, stosowano zwłaszcza w konfliktach zbrojnych, choć korzystali z nich również podróżnicy. Z kolei bogaci myśliwi zabierali na swe ekspedycje strzelby, w tym te produkowane przez angielską firmę Holland & Holland.

W ramach ciekawostki można dodać, że w zbiorach Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie znajduje się wyjątkowy egzemplarz wyprodukowanego w Belgii rewolweru systemu Lefaucheux. Broń jest pozłacana i inkrustowana. Należała do meteorologa Leopolda Janikowskiego, uczestnika wyprawy Stefana Szolc-Rogozińskiego do Kamerunu z lat 1882–1885.

 

 

 

 

Rewolwer systemu Lefaucheux (fot. Rama, CC BY-SA 2.0 FR)

Chinina

Butelka z tabletkami zawierającymi chininę (fot. Science Museum, London, CC BY 4.0)

Od zawsze jednym z istotniejszych zagrożeń dla zdrowia Europejczyków podróżujących przez obszary tropikalne, zwłaszcza Afryki Subsaharyjskiej, była malaria, zwana również zimnicą, a dawniej także febrą. Jest to choroba pasożytnicza, wywołana przez pierwotniaka z rodzaju zarodźców (Plasmodium) i przenoszona przez samicę komara z rodzaju Anopheles.Powoduje rozpad czerwonych krwinek i blokadę małych naczyń krwionośnych, co prowadzić może do ciężkiej niedokrwistości oraz do niewydolności wielu narządów, pęknięcia śledziony, a nawet do śmierci.

Najstarszym lekiem przeciwmalarycznym jest chinina, czyli najbardziej znany alkaloid chinolinowy, który blokuje oddychanie komórkowe wspomnianego pasożyta. Pochodzi ona z kory drzewa chinowego rosnącego w Andach, głównie z gatunku Cinchona succirubra, która z uwagi na swe właściwości przeciwgorączkowe i przeciwbólowe od wieków wykorzystywana była w formie sproszkowanej przez Indian południowoamerykańskich. Pierwotnie wypijano ją po zmieszaniu m.in. z wodą albo winem.

Pierwsze preparaty z tą rośliną przywieziono do Europy w XVII wieku. Samą chininę udało się wyizolować dopiero na początku XIX wieku. W leczeniu malarii zaczęto ją stosować na większą skalę w połowie tamtego stulecia. M.in. właśnie dzięki chininie światowe mocarstwa mogły sobie ostatecznie podporządkować znajdujące się w strefie tropikalnej wewnętrzne obszary Afryki, co doprowadziło do szczytowego etapu kolonializmu na przełomie XIX i XX wieku. O stosowaniu i właściwościach chininy pisało wielu europejskich podróżników, również polskich.

Hełm korkowy

Od połowy XIX aż do połowy XX wieku powszechnym nakryciem głowy dla europejskich żołnierzy, sił policyjnych, urzędników i dyplomatów przebywających w zamorskich koloniach i innych terytoriach zależnych, zwłaszcza na obszarach tropikalnych, był bardzo charakterystyczny, zaokrąglony na górze hełm wykonany z korka lub rdzenia pnia, najczęściej któregoś gatunku żywopłonu, który wyróżnia się bardzo lekkim drewnem.

Hełm korkowy był lekki i dobrze chronił przed słońcem. Dla lepszej wentylacji mógł posiadać niewielkie otwory. Do dzisiaj powstało bardzo wiele wersji tego nakrycia głowy. Podróżnicy drugiej połowy XIX stulecia często nosili je w kolorze białym, w wariancie z małymi daszkami z przodu i z tyłu. Oprócz tego w wieku pary, zwłaszcza w regionach z bardziej umiarkowanym klimatem, popularne były wszelkiego rodzaju kapelusze, noszone m.in. przez poszukiwaczy złota.

Pies

Leopold Janikowski w hełmie korkowym i jego pies Dolar, prawdopodobnie 1885 r. (fot. Leopold Janikowski, „W dżunglach Afryki”, Warszawa 1936, domena publiczna).

Przyjęło się mówić, że pies, czyli pierwsze zwierzę oswojone i udomowione przez człowieka, jest jego najlepszym przyjacielem. Dzięki świetnie rozwiniętemu węchowi i słuchowi, a także swej szybkości i bezinteresowności, niewątpliwie był i jest cennym kompanem wielu podróżników, także polskich. Zwierzęta te pomagały ludziom m.in. w transporcie jako psy zaprzęgowe – zwłaszcza podczas wypraw polarnych (husky, malamuty i samojedy). Dodatkowo, mogły zapewniać człowiekowi ciepło w czasie snu. Niektóre rasy były także niezastąpione podczas polowań, zarówno tych prowadzonych dla celów naukowych, jak i zdobycia pożywienia czy trofeum.

Psy mogły również ocalić mienie, a nawet życie wędrowca, poprzez wystraszenie potencjalnego złodzieja czy agresora albo zaalarmowanie o jego obecności. Wreszcie, zarówno w dżungli, jak i w górach, na pustyni piaskowej lub lodowej czy podczas długiego rejsu, podobnie jak w domu, psy zapewniają człowiekowi towarzystwo, co niewątpliwie pozytywnie wpływa na psychikę osoby podróżującej przez nieznane miejsca i pokonującej wiele niebezpieczeństw.

Psy zabierano ze sobą na wyprawę z domu lub kupowano czy nawet przygarniano gdzieś po drodze. Do osób podróżujących po świecie ze swoim czteronożnym pupilem należał m.in. wspomniany wcześniej Janikowski. Posiadał setera irlandzkiego o imieniu Dolar.

 

 

Przedmioty do poszukiwania złota

Wielu podróżników epoki pary, w tym również Polaków, brało udział w gorączkach złota, które ściągały na dany obszar tysiące śmiałków z różnych części świata. Niektóre z nich trwały miesiącami, inne latami. Ludzie marzący o szybkim wzbogaceniu często nie mieli żadnego doświadczenia w dziedzinie pozyskiwania żółtego metalu, musieli więc uczyć się wszystkiego na miejscu.

Podstawowym narzędziem pracy poszukiwaczy złota, z którym często podróżowali, była specjalna metalowa miska o głębokości kilku centymetrów, średnicy ok. 30–50 centymetrów i lekko podniesionych brzegach, służąca do przeszukiwania osadów rzecznych. Trzymając naczynie lekko pochylone w wodzie, trzeba było je wprowadzać w ruch obrotowy. Podczas tej czynności woda wypłukiwała z osadu najlżejsze cząstki, a znacznie cięższe złoto (ziarnka i samorodki) oraz najgrubszy żwir opadały na dno miski. Upragniony kruszec zbierano następnie do przytroczonej do pasa skórzanej torby.

Poszukiwacz złota pracujący z miską nad American River (Rzeką Amerykańską), 1850 r. (fot. L. C. McClure, domena publiczna)

Do bardziej oczywistych elementów ekwipunku poszukiwacza złota, niewymagających dokładniejszych opisów, należeć mogły m.in.: kilof, łom górniczy (do kruszenia i rozdrabniania skał), łopata (do przesypywania ziemi), wózek oraz taczka (do wożenia ziemi do płukania).

Istniało też niemało urządzeń do płukania i przesiewania złotodajnego piasku konstruowanych lub kupowanych przez podróżników po dotarciu na miejsce. Różniły się od siebie rozmiarem i tworzywem, choć najczęściej zbudowane były z drewna i metalu. Wymagały niekiedy nawet kilku osób do obsługi. Do polskich poszukiwaczy złota, którzy pozostawili po sobie ciekawe relacje, należeli m.in. Seweryn Korzeliński, Bolesław Dolański i Sygurd Wiśniowski.

Urządzenia do zapisu obrazu…

Aż do XIX wieku właściwie jedyną metodą na uwiecznienie obrazów przemierzanych krain, oczywiście poza ich opisaniem, był rysunek odręczny. Oba sposoby wymagały odpowiedniej wiedzy i zdolności. Ponadto odbiorcy trudno było wyłapać wszelkie modyfikacje odtwarzanej rzeczywistości, zwłaszcza jeżeli dotyczyły one osób i miejsc, o których nie miał on żadnego pojęcia.

Prawdziwą rewolucję w tej dziedzinie przyniosło wynalezienie techniki zwanej fotografią, czyli trwałego zarejestrowania obrazu za pomocą światła, początkowo tylko w postaci monochromatycznej. Jej faktyczny początek stanowiło powstanie w latach 20. i 30. XIX wieku dagerotypii, której opracowanie ogłosił publicznie francuski malarz Louis Jacques Daguerre w 1839 roku. Wtedy też powstały pierwsze aparaty fotograficzne. Ich użycie upowszechniło się w drugiej połowie stulecia.

Do pierwszych polskich podróżników stosujących tę technikę należał hrabia Benedykt Tyszkiewicz, właściciel ogromnych dóbr na Litwie i Wołyniu, w tym Czerwonego Dworu nieopodal Kowna. Jego zdjęcia z wypraw cieszyły się międzynarodowym uznaniem, czego dowodem jest medal, który otrzymał na wystawie w Filadelfii (1876), a także złoty medal na wystawie w Berlinie (1899). Dzisiaj trudno jest sobie wyobrazić profesjonalnego podróżnika dokumentującego swoje wyprawy bez aparatu fotograficznego.

Aparat do wykonywania dagerotypów z 1839 roku, wyprodukowany przez francuską firmę Susse Frères, ze zbiorów muzeum fotografii WestLicht w Wiedniu (fot. Liudmila & Nelson, domena publiczna)

…oraz dźwięku

Kolejnym wynalazkiem, który okazał się nieoceniony m.in. dla podróżujących naukowców, zwłaszcza etnografów, był fonograf, czyli pierwsze urządzenie służące do mechanicznego zapisywania i odtwarzania dźwięku. Skonstruował je w 1877 roku i opatentował w roku następnym Thomas Edison. Jego podstawowym elementem był napędzany korbką (później mechanizmem sprężynowym) stalowy walec z naciętym spiralnie rowkiem, na który nakładana była folia cynowa. Na niej właśnie urządzenie zapisywało dźwięk poprzez rzeźbienie wgłębienia przy pomocy igły – metalowego rylca przytwierdzonego do membrany. Głośnikiem i zarazem mikrofonem była lejkowata tuba. Na samym początku XX wieku polski zesłaniec i naukowiec-samouk Bronisław Piłsudski wykorzystał fonograf do utrwalenia mowy i pieśni Ajnów.

Pierwsze nagrania zapisane za pomocą tego urządzenia mogły trwać około minutę i były bardzo słabej jakości, a odtworzyć je można było tylko kilka razy. W 1888 roku folię cynową zastąpiono woskowym cylindrem, dzięki czemu nagrania mogły trwać do dwóch minut, poprawiła się także ich jakość. Wprowadzone w 1908 roku wałki z celuloidu pozwoliły wydłużyć czas zapisu do czterech minut. Późniejsza, ulepszona wersja tego urządzenia nosiła nazwę gramofonu. Zamiast z walca, odtwarzał on dźwięki z okrągłej płyty, która mogła pomieścić znacznie dłuższe nagranie. Gramofon zaczął wypierać swój pierwowzór w drugiej dekadzie XX wieku.

Fonograf z ok. 1899 r. (fot. Norman Bruderhofer, CC BY-SA 3.0)

Statek

Marzeniem wielu podróżników było posiadanie własnego statku. Niestety, tylko nieliczni mogli sobie na to pozwolić – należeli do nich ludzie bardzo bogaci albo przywódcy dużych wypraw, które otrzymały subsydia np. od władz państwowych, środowisk naukowych lub rodaków. Do pierwszej kategorii należał niewątpliwie wspomniany wcześniej Tyszkiewicz. W 1875 roku hrabia odebrał w Hawrze specjalnie dla niego zaprojektowany ponad 40-metrowy jacht, który nazwał „Żemajtej”. Arystokrata otrzymał nawet za niego złoty medal na wystawie światowej w Paryżu w 1878 roku. Polak planował odbyć na nim podróż dookoła świata, lecz gdy dopłynął do Algierii, zmuszony był przerwać wyprawę z powodu wybuchu wojny rosyjsko-tureckiej (1877–1878).

Własnymi, małymi statkami żaglowymi pływał w latach 40. i na początku lat 50. XIX wieku kapitan Adam Mierosławski, który zajmował się na Oceanie Indyjskim m.in. transportem towarów i handlem wymiennym, połowem wielorybów i fok oraz prawdopodobnie także pereł. Były to kolejno: Le Cygne de Granville, który po kilku latach sprzedał, Moja Polska, który dość szybko rozbił się o skały, i Le Pilote. Podczas rejsu tym ostatnim polski żeglarz zmarł.

8. Ilustracja przedstawiająca statek „Łucja-Małgorzata”, należący do ekspedycji Stefana Szolc-Rogozińskiego (fot. „Wędrowiec”, nr 29 z 20 lipca 1882, s. 41)

Chyba jedyną wyraźnie polską wyprawą naukową okresu zaborów, która dysponowała własnym statkiem, była wspominana przeze mnie ekspedycja Stefana Szolc-Rogozińskiego do Kamerunu. Podróżnik dysponował kilkunastoletnim stutonowym trójmasztowcem, który zakupiono i wyremontowano w Hawrze w 1882 roku. Rogoziński nadał mu nazwę „Łucja-Małgorzata”.

Warto dodać, że Tyszkiewicz wsparł tę wyprawę znacznymi kwotami, a następnie, niedługo po jej wyruszeniu, na początku 1883 roku gościł jej członków na Maderze, gdzie przez kilka lat mieszkał z rodziną i posiadał własną przystań. Hrabia własnym kosztem wyremontował podniszczony podczas sztormów statek. Niestety, „Łucja-Małgorzata” rozbiła się niedługo po dotarciu przez Rogozińskiego do Kamerunu, w maju 1883 roku.

Tymczasem większość polskich podróżników XIX wieku pływała po morzach i oceanach w charakterze zwykłych pasażerów. Niektórzy zatrudniali się też jako członkowie załogi albo dołączali do ekspedycji innych państw i narodów.

***

Bibliografia

  • Mateusz Będkowski, Polacy na krańcach świata: XIX wiek, Wydawnictwo CM–Promohistoria, Warszawa 2018.
  • Marek Czerwiński, Najsłynniejsza broń myśliwska, Bellona, Warszawa 2008.
  • Roman Matuszewski, Pistolety i rewolwery, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 1998.
  • Paul Ward, Historical Cold Weather Clothing. Evolution to the Modern Form, [w:] Cool Antarctica, [dostęp: 30 października 2018],

 

Mateusz Będkowski

Absolwent Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. W 2011 roku obronił pracę magisterską pt. „Wyprawa Stefana Szolc-Rogozińskiego do Kamerunu w latach 1882–1885”, która została opublikowana w Zielonkowskich Zeszytach Historycznych (nr 2/2015). Interesuje się losami polskich podróżników i odkrywców na przestrzeni dziejów, szczególnie w XIX wieku. Na ich temat publikował artykuły m.in. w czasopismach „Mówią Wieki” i „African Review. Przegląd Afrykanistyczny”, a także w portalu „Histmag.org”. Część z tych tekstów znalazła się w czterech ebookach autora z serii „Polacy na krańcach świata” wydanych w latach 2015-2017.

Mateusz Będkowski

Autor: 
Mateusz Będkowski
Źródło: 

tytus.edu.pl

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama