Jak bardzo zacofana była we wrześniu 1939 roku polska armia?

Reklama

ndz., 01/27/2019 - 23:55 -- koscielniakk

W 1939 roku walcząca w obronie kraju polska armia poniosła sromotną klęskę. Przez lata utrzymywano, że jedną głównych przyczyn porażki, oprócz przewagi liczebnej przeciwnika, było jej techniczne zacofanie. Czy rzeczywiście Wojsko Polskie było u progu II wojny światowej tak beznadziejnie przestarzałe?

 

 

Zmarły w 1935 roku Józef Piłsudski, który po przewrocie majowym miał decydujący wpływ na rozwój, organizację i doktrynę polskiej armii, pozostawił swoim następcom siły zbrojne w fatalnej kondycji. Wynikało to z jego konserwatyzmu w pojmowaniu przyszłej wojny oraz zaledwie amatorskiego przygotowania wojskowego. Marszałek lekceważył nowoczesne środki walki: broń pancerną i lotnictwo. Skutkowało to nie tylko kiepskim wyposażeniem wojska w czołgi i samoloty, ale i w sprzęt przeznaczony do ich zwalczania.

Trzeba podkreślić, że armii wciąż brakowało przy tym pieniędzy na nowe projekty i sprzęt, mimo że na wydatki wojskowe przeznaczano około 35-38 proc. budżetu państwa. Nawet połowę otrzymanych środków pochłaniały jednak pensje, utrzymanie wojska i koszty administracyjne. Niestety także wyszkolenie żołnierzy pozostawiało wiele do życzenia. Co gorsza, system dowodzenia był przestarzały, brakowało planów prowadzenia wojny czy nawet tak fundamentalnej rzeczy, jak aktualny plan mobilizacji rezerwistów.

Następca marszałka Piłsudskiego na stanowisku Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych – generał, a później marszałek Edward Śmigły-Rydz - świetnie orientował się w tych trapiących polską armię bolączkach. Już w 1936 roku przyjęto plan modernizacji, zakładający zrównanie potencjału Polski z siłami zbrojnymi Francji i Niemiec do 1942 roku.

Wyposażenie armii w nowoczesną broń zaplanowano głównie w oparciu o krajowe zakłady, zbudowane między innymi w ramach Centralnego Okręgu Przemysłowego. Pod wpływem zaostrzającej się sytuacji międzynarodowej podjęto również kroki w celu uzyskania pożyczek od sojuszników: Francji i Wielkiej Brytanii. Mimo tych posunięć, Polska nie była jednak w stanie dotrzymać kroku Niemcom i Związkowi Sowieckiemu, które przystąpiły do gwałtownego rozwoju swoich sił zbrojnych.

 

Piechota, ta szara piechota….

Do chwili wybuchu wojny naszym wojskowym decydentom udało się gruntownie przezbroić formacje piechoty i artylerii, nadrabiając zaniedbania poprzednich lat w dziedzinie broni przeciwpancernej i przeciwlotniczej. Dywizje piechoty otrzymały po trzy kompanie (27 sztuk) doskonałych dział przeciwpancernych 37 mm wz. 36, budowanych na licencji szwedzkiego Boforsa, oraz 92 sztuki karabinów przeciwpancernych wz. 35 Ur rodzimej konstrukcji. Choć przesadna dbałość o tajemnicę wojskową spowodowała, że te ostatnie nie trafiły do rąk wielu polskich żołnierzy na czas, nowoczesna broń i tak zadała ostatecznie Niemcom spore straty.

Co ważne, jeśli chodzi o uzbrojenie indywidualne, nie było istotnych dysproporcji między polskimi żołnierzami i ich konkurentami. Nasze i niemieckie drużyny strzeleckie miały równą wartość bojową. Podobnie było na szczeblu plutonu i kompanii, przy czym Polacy dysponowali świetnym granatnikiem wz. 36, który przewyższał analogiczną konstrukcję przeciwnika.

Niemcy uzbrojeni byli za to w pistolety maszynowe, które dawały im znaczna siłę ognia. Polskie odpowiedniki (wz. 39 Mors) były bronią niedopracowaną i zdecydowanie nieporęczną. W dodatku inspektorzy armii uważali, że… nie ma w ogóle potrzeby wprowadzenia tego typu sprzętu do uzbrojenia!

Przewaga Niemców widoczna była na szczeblu pułku. Wrogie jednostki posiadały 6 dział 75 mm i 2 haubice kalibru 150 mm. Polski pułk mógł przeciwstawić im tylko dwie armaty 75 mm. Piętą achillesową polskich dywizji piechoty była też mobilność, oparta prawie wyłącznie na trakcji konnej. Według etatu posiadały one po przeszło 7500 koni i 2230 furmanek oraz po 149 samochodów i motocykli.

Co prawda niemieckie dywizje piechoty również używały furmanek – na jedną przypadało nieco ponad 900 – ale każda z nich posiadała jeszcze 1500 samochodów i motocykli. Ponadto inne było podejście do transportu wyposażenia. Polski piechociarz we wrześniu 1939 roku miał oporządzenie o wadze około 30 kg. Do tego dochodziły karabin, 120 sztuk amunicji i trzy granaty. Jego niemiecki odpowiednik posiadał uzbrojenie i wyposażenie o podobnej wadze. Różnica tkwiła w tym, że nasz żołnierz musiał cały ten majdan przenieść na własnym grzbiecie, natomiast przeciwnik, większość ekwipunku (poza uzbrojeniem) przewoził na wozie transportowym.

Kruchy polski pancerz

Porównanie sił polskich z ich przeciwnikami wypada o wiele gorzej, jeśli wziąć pod uwagę liczbę posiadanych czołgów. Zarówno Niemcy, jak i Sowieci posiadali nad Polakami zdecydowaną przewagę w tej dziedzinie. We wrześniu 1939 roku na stanie Wojska Polskiego znajdowało się zaledwie 889 czołgów. 102 z nich były mocno już przestarzałymi modelami Renault FT-17. Najbardziej wartościowym wozem bojowym, niczym nie ustępującym czołowym pojazdom pancernym wroga, był lekki czołg 7TP. W walce z Niemcami wzięło udział około 150 tych maszyn.

Zdecydowanie najwięcej – 574 – było tankietek TK i TKS. Były to małe, słabo opancerzone i uzbrojone tylko w kaemy wozy pancerne, które nie miały większych szans w starciach z niemieckimi i sowieckimi pojazdami. Jedynie 24 z nich uzbrojono przy tym w najcięższe karabiny maszynowe kalibru 20 mm. Tylko te wozy te mogły nawiązać walkę z czołgami przeciwnika. Pozostałych używano zazwyczaj do rozpoznania.

Próbując zwiększyć potencjał naszych jednostek pancernych, zdecydowano się w 1939 roku na zakup we Francji 100 czołgów Renault R-35. Do wybuchu wojny do kraju dotarło jedynie 50 z nich. Niestety nie oddały one żadnego strzału do agresorów i 18 września w większości zostały internowane w Rumuni.

Warto dodać, że efektywności wykorzystania skromnych sił pancernych Rzeczpospolitej z pewnością nie sprzyjało ich zbytnie rozdrobnienie po poszczególnych armiach. Nasi przeciwnicy grupowali tymczasem swoje wozy pancerne w duże związki taktyczne o potężnej sile przełamującej – dywizje i korpusy pancerne.

Przeciwko manewrowym i mobilnym dywizjom niemieckim polska armia nie bardzo miała co wystawić. „Jej jednostki szybkie – brygady kawalerii – były zbyt słabo uzbrojone” – komentuje Apoloniusz Zawilski w monumentalnej pracy „Bitwy polskiego września”. Dysponowaliśmy tylko jedną w pełni zmotoryzowaną brygadą kawalerii, natomiast druga znajdowała się dopiero w stadium reorganizacji.

 

 

Zapóźnienia w lotnictwie

Większego postępu nie udało się również osiągnąć w dziedzinie modernizacji lotnictwa. 1 września 1939 roku Polacy wystawili do boju 404 maszyny. Podstawowymi myśliwcami było 128 leciwych górnopłatów PZL P.11, które wspierane były przez 30 zupełnie przestarzałych PZL P.7. Polskie myśliwce zdecydowanie ustępowały niemieckim myśliwcom. Nawet niektóre nieprzyjacielskie bombowce były od nich szybsze.

Jedynymi nowoczesnymi samolotami naszego lotnictwa były bombowce średnie PZL P.37 „Łoś”, których produkcję wstrzymano tuż przed wojną na rzecz o wiele bardziej przydatnych myśliwców. Mieliśmy ich 36. W dodatku maszyny te, pierwotnie przeznaczone do bombardowania stałych celów na zapleczu przeciwnika, zamierzano wykorzystać jako bombowce taktyczne do zwalczania ruchomych celów. Ani konstrukcja samego płatowca, ani ich uzbrojenie nie było do tego przystosowane, nie mówiąc już o wyszkoleniu załóg w podobnych operacjach.

Pozostałe samoloty, 114 maszyn PZL P. 23 „Karaś” i 35 sztuk RWD-14 „Czapla”, pełniły funkcję odpowiednio lekkich bombowców i maszyn rozpoznawczych. Posiadaliśmy też 49 zupełnie przestarzałych samolotów rozpoznawczych Lublin R-XIII. Łącznie po naszej stronie do przenoszenia ładunku bombowego przystosowane było około 150 samolotów. Dla porównania sama tylko Luftwaffe dysponowała nieco ponad tysiącem takich maszyn.

Nie zdążyły wejść do służby nowe polskie konstrukcje, które miały zastąpić stare samoloty. Przeciągały się prace nad nowoczesnym prototypowym myśliwskim dolnopłatem PZL-50 „Jastrząb”. Przejściowy myśliwiec P. 11g „Kobuz”, następca „Karasia” PZL-46 „Sum”, czy nowoczesny samolot obserwacyjny LWS-3 „Mewa” pojawiły się dopiero w 1940 roku.

Aby ratować sytuację, niedługo przed agresją niemiecką zdecydowano się na interwencyjny zakup samolotów we Francji i Wielkiej Brytanii. Niestety, duże zamówienie, obejmujące między innymi 160 myśliwców Morane Saulnier MS-406, 10 myśliwców Hawker „Hurricane”, jeden „Spitfire” oraz 100 lekkich bombowców Fairey „Battle” nie zdołało dotrzeć do Polski przed wybuchem wojny.

 

Finanse decydują o wszystkim

Stosunkowo nowoczesna była za to polska flota wojenna, której główną siłą w przededniu konfliktu były 4 niszczyciele, 5 okrętów podwodnych, duży stawiacz min oraz mniejsze jednostki. Jej ważnym uzupełnieniem była Flotylla Pińska, śródlądowa formacja marynarki przeznaczona do operowania na rzekach we wschodniej części kraju.

Należy jednak pamiętać, że posiadane okręty nie odzwierciedlały żadnej określonej koncepcji rozwoju naszej marynarki. Po prostu były one efektem środków finansowych przyznanych na ich budowę. Nasze lotnictwo morskie było przy tym zaledwie symboliczne (19 maszyn) i w zasadzie mogło realizować jedynie zadania szkoleniowe. Natomiast polska artyleria nadbrzeżna nie tylko nie stanowiła realnego zagrożenia dla obcych flot, które chciałyby wejść na Zatokę Gdańską, ale nie zabezpieczała nawet w pełni podejścia do Gdyni.

Rozbudowa i modernizacja armii zależna jest od kilku czynników. Bez wątpienia jednym z nich jest posiadanie nowoczesnego przemysłu, mogącego zapewnić rozwój i produkcję nowych wzorów uzbrojenia. Ale podstawową sprawą jest zapewnienie wojsku odpowiednich środków finansowych i ich umiejętne, rozsądne wydatkowanie.

W okresie międzywojennym Polska wydała na siły zbrojne kwotę w wysokości 15 miliardów złotych. Z tego na przezbrojenie wojska wydano tylko 3 miliardy. Sami tylko Niemcy w podobnym okresie wydali na Wehrmacht około 90 miliardów marek, czyli 200 miliardów złotych. I właściwie to porównanie powinno nam w pełni uświadomić, jakie były szanse Polski w feralnym 1939 roku. Po prostu dysponowaliśmy taką armią, na jaką po ledwie dwudziestu latach niepodległości było nas stać.

Dariusz Kaliński - Specjalista od II wojny światowej i działań sił specjalnych, a także jeden z najpoczytniejszych w polskim internecie autorów z tej dziedziny. Od 2014 roku stały publicysta "Ciekawostek historycznych.pl". W 2017 roku opublikował bestsellerową "Czerwoną zarazę", a w sierpniu 2018 roku na księgarskie półki trafił "Bilans krzywd",

Autor: 
-------------------
Źródło: 

Onet

Polub Plportal.pl:

Reklama