Efektem jego wyprawy była pierwsza książka z opisem Islandii po polsku

Reklama

pon., 03/04/2019 - 17:40 -- koscielniakk

Wyspa nie posiada bogactw, a warunki do życia są tam wyjątkowo trudne: wieją silne wiatry, zima jest długa, góry zieją ogniem i wyrzucają w niebo kamienie. Podróżuje się trudno, bo brakuje dróg i mostów, nie ma też sadów, ogrodów i winnic. A mimo to mieszkańcy uparcie powtarzają: „to jedno z najlepszych miejsc na Ziemi”. Tak o Islandii pisał zmarły 350 lat temu Daniel Vetter z Leszna.

 

Prof. Dariusz Rott z Uniwersytetu Śląskiego, który postacią Vettera zajmuje się od przeszło trzech dekad: - Ta fascynacja zrodziła się z niewiedzy. Kiedy byłem jeszcze studentem, w ręce wpadł mi reprint niewielkiej książeczki. Zacząłem czytać barwne opisy Islandii i zadawać sobie pytania: kim był autor? Dlaczego zdecydował się wyruszyć niemal na kraniec ówczesnego świata? Co nim powodowało? A potem bez reszty wpadłem w świat Braci Czeskich, XVII-wiecznych drukarzy i wydawców, no a przede wszystkim zaraziłem się Islandią. Dla mnie, człowieka dorastającego w PRL była ona równie odległa, jak dla Vettera...

Piotr Milewski, autor reporterskiej książki „Islandia, albo najzimniejsze lat od 50 lat”: - Przez dziewięć lat mieszkałem w Japonii, więc po powrocie do Polski, szybko zatęskniłem za wyspą. Każda oczywiście jest inna, ale wszystkie mają w sobie jakiś wspólny, trudno uchwytny rys. Postanowiłem wybrać się na Islandię. O Vetterze dowiedziałem się przypadkiem. Przypadek też zrządził, że w podróż ruszyłem dokładnie 400 lat po nim. W plecaku przez cały czas miałem jego książkę. I powiem panu, że choć mojej wyprawy minęło niemal sześć lat, Vetter jest cały czas ze mną. Czasem wręcz czuję jego obecność...

 

Czeski Brat idzie pod prąd

Stoi na rufie żaglowca i wpatruje się w szybko malejące zabudowania portu w Bremie. Przed nim długie tygodnie podróży. Pewnie trochę się boi, przede wszystkim jednak gna go przed siebie ciekawość świata, tak charakterystyczna przecież dla ludzi młodych. Może też chce się na moment wyrwać ze sztywnych ram konserwatywnej społeczności, w której dorastał. Nie, żeby od razu się buntował, ale wskażcie proszę człowieka, który choć raz w życiu nie pragnąłby pójść pod prąd, nie miałby poczucia, że powinien zrobić coś zupełnie inaczej niż wszyscy. Znajdźcie człowieka, który nie potrzebowałby chwili oddechu i samotności.

Daniel Vetter był Czechem. Urodził się w 1592 roku. Należał do Jednoty Braci Czeskich, ruchu religijnego, który czerpał z nauk Jana Husa. Bracia odrzucali dogmaty Kościoła Katolickiego, koncentrując się na studiowaniu Biblii. U zarania głosili kult ubóstwa, równości społecznej, odrzucali służbę wojskową, odżegnywali się od pełnienia publicznych funkcji. Z czasem ten pryncypialny kodeks uległ pewnemu złagodzeniu, ale i tak Jednocie blisko było do surowych reguł wyznawanych przez kalwinistów. Zresztą w końcu dołączyli do Kościoła Reformowanego. Wcześniej jednak musieli uciekać z Czech przed religijnymi prześladowaniami.

 

Kierowali się między innymi do Polski, do Ostrorogu, potem Leszna, gdzie schronienia udzieliły im miejscowe możne rody. Taką drogę przeszedł też Vetter. Zanim jednak przyjechał do Leszna, postanowił odbyć podróż życia. - W jego czasach ludzie wyruszali w świat rzadko. Podróżowanie zarezerwowane było właściwie tylko dla kupców i przedstawicieli szlachty – podkreśla prof. Rott. - W jej przypadku zagraniczne wojaże wpisywały się w model edukacji. Młody człowiek wyprawiał się do zachodniej i południowej Europy, by zobaczyć wielkie miasta, nabrać ogłady. Celem były przede wszystkim Włochy, Francja, rzadziej Hiszpania. Vetter wybrał zupełnie inaczej. Dlaczego? Trudno rozstrzygnąć. Być może wyruszył tam z misją, by spotkać się z tamtejszym luterańskim biskupem i pozyskać jakieś pieniądze dla Jednoty Braci Czeskich. Dziś możemy już tylko spekulować...

 

Góra na pięć mil wysoka

Był rok 1613. Najpierw łodzie przewiozły ich na dwa statki, które oczekiwały na redzie. Potem wyszli na pełne morze. Droga na Islandię okazała się wyjątkowo trudna. Już trzeciego dnia żaglowce musiały uciekać przed piratami. Pasażerowie chowali kosztowności w pościelach, butach, w konstrukcji pokładu. Z konfrontacji załogi wyszły obronną ręką, ale komplikacje na tym się nie skończyły. Wkrótce statkami zaczęły miotać huraganowe wiatry i wysokie fale. Podróżni zapadli na chorobę morską. Jeden z towarzyszy Vettera znosił ją na tyle źle, że ostatecznie zmarł. Stało się to już u wybrzeży Islandii, jednak z powodu silnego sztormu, nie udało się zawinąć do brzegu, by pochować nieszczęśnika. Ciało trzeba było wrzucić do morza.

Ostatecznie statki szczęśliwie dotarły do wyspy dopiero kilka dni później. Odtąd przez kolejne tygodnie Vetter chciwie chłonął niezwykły świat, który stopniowo się przed nim otwierał. Obserwował, słuchał, pytał, a wszelkie wiadomości najpewniej skrzętnie notował. Efektem tego miało się stać wydane ćwierć wieku dziełko „Islandia albo Krotkie opisanie Wyspy Islandyi” - pierwszy w historii opis tego kraju w języku polskim.

Vetter wyjaśnia w książeczce, że nazwa wyspy wzięła się od lodu, ponieważ zima trwa tam długo, zaś silne wiatry dodatkowo napędzają z Grenlandii krę. Zdarza się, że przypływają na niej polarne niedźwiedzie. Islandczycy albo jak pisze podróżnik „Islanderowie”, są chrześcijanami, i to bardzo pobożnymi. Do ołtarza, gdzie ksiądz rozdaje komunię, idą po kolanach, zaś po przyjęciu opłatka na chwilę jeszcze padają na twarz.

Władzę na wyspie sprawuje król Danii poprzez „sołtysa” zwanego Lochamanem. Na Islandii próżno szukać złota, srebra, czy innych naturalnych bogactw. Jednak posiadanie zwierzchnictwa nad tak odległym lądem oznacza dla władcy prestiż, dlatego też „król ma o niego wielkie staranie”. Raz do roku przysyła swojego przedstawiciela, który bierze udział w sejmie. Ten odbywa się w niezwykle malowniczym miejscu – na niewielkiej łące, otoczonej skałami i wodospadem. Tam też zatwierdzane są wyroki śmierci. Egzekucje przeprowadza się na Islandii wyłącznie poprzez ścięcie toporem. Inna forma straceń „jest Islanderom wstrętna”.

Vetter wyjaśnia, że w tej części świata inaczej układa się dzień i noc. Przez część roku dni są bardzo długie, a noce krótkie, a potem odwrotnie. Podczas długich dni Islandczycy łowią ryby, choć jak przyznaje podróżnik, na Islandii dużo do roboty nie ma. Są za to prawdziwe cuda surowej, momentami groźnej natury. Choćby góry. Vetter wyróżnia dwie. Snebels jest ponoć wysoka na pięć mil. Jej wierzchołek często skrywają chmury, zaś na szczycie biją pioruny. Kiedyś usiłowała się tam dostać grupa Brytyjczyków. Żaden z nich nie wrócił. W myśl relacji, którą przytacza podróżnik, mógł porwać ich wiatr, mogli też umrzeć od trujących oparów. Z wyprawy cało wyszedł tylko niewielki piesek. Ale jego sierść wyglądała tak, jakby została oblana ukropem. Druga z gór to Hekla – dymiąca, wyrzucająca z siebie kamienie i strumienie lawy. Wokół niej rozciąga się pustkowie. Wielu ludzi widzi w niej wrota do piekła.

Vetter pisze o gorących źródłach, w których mieszkańcy wyspy na różne sposoby gotują mięso, o zwierzętach lądowych i ptakach (pierwszych nie występuje zbyt wiele, dominują lisy i owce, drugich za to jest na wyspie prawdziwe bogactwo), o drogach (na Islandii brakuje utwardzonych traktów i mostów, zaś podróżowanie rodzi wiele niebezpieczeństw – człowiek może na przykład zostać porwany przez bystry nurt rzeki, może pogrążyć się w porośniętym trawą bagnie, albo wpaść w zamaskowaną przez naturę rozpadlinę).

Islandczycy nie posiadają sadów, ogrodów i winnic, a żywią się głównie suszonym mięsem i rybami. Piwo, wino, czy mąkę muszą kupować u kupców z Anglii, czy Niemiec. Vetter z ciekawością przygląda się też miejscowym domom – wkopanym w ziemię, pokrytym darnią i zamieszkanym przez kilkadziesiąt, czasem nawet 200 rodzin. Inaczej być nie może: do budowy domostw, które przypominałyby te europejskie brakuje drewna i łączącej kamienie zaprawy, zaś silne wiatry zapewne uszkodziłyby niewielkie zabudowania, które znacząco wyrastałyby ponad grunt.

Ale pomimo tego, że Islandia swoich mieszkańców nie rozpieszcza, oni sami uparcie powtarzają: „żyjemy w najlepszym miejscu na świecie”. Ludzie są wolni, nie pracują ponad siły (do bardziej męczących zajęć Vetter zalicza właściwie tylko hodowlę bydła; o łowieniu ryb pisze, że „rekreacią to raczey”), rzadko chorują. Do tego wiodą żywot raczej skromny, choć nie stronię też od drobnych uciech. „(...) y lubo wiele trunkow rozmaitych od Kupcow bijorą/ ale przecię nie dają im skwasnieć/ bo im wnet koniec wypiwszy je czynią” - konstatuje Vetter.

Bestie z morza

Książeczka Vettera jest pod wieloma względami niezwykła. - W czasach, gdy żył absolutna większość relacji z podróży pisana była w formie diariusza. Vetter poszedł w inną stronę. Wiedzę starał się uporządkować i podzielić na tematyczne rozdziały – podkreśla prof. Rott. Podróżnik zasłyszane opowieści w miarę możliwości usiłował weryfikować, konfrontując je z własnym doświadczeniem i obserwacjami.

W rozdziale, który poświęcony został morskim stworzeniom z okolic Islandii, Vetter ze swadą opisuje wieloryby, by niespodziewanie przejść do opowieści o wielkich rozmiarów wężu i „cudowisku” o trzech głowach. - Warto jednak pamiętać, że jeszcze w połowie XVIII wieku biskup z Bergen w swojej książce o historii naturalnej Norwegii dowodził, że wąż morski istnieje, a fakt tej jest tak oczywisty, jak występowanie śledzia – podkreśla prof. Rott. - Wielce prawdopodobne, że Vetter myślał podobnie i dlatego bez większych wahań umieścił taką informację w opisie Islandii – dodaje.

W książce pada wiele geograficznych nazw, zdarzają się też daty. Milewski, który starał się podróżować śladami Czecha, przyznaje, że wiele opisanych przez niego miejsc można bez trudu zlokalizować. - Wiemy, gdzie zszedł na ląd. Miejsce, w którym obradował opisywany przez niego Althing, czyli islandzki parlament dziś położone jest na Złotym Kręgu, czyli najpopularniejszej trasie turystycznej na wyspie. I wygląda mniej więcej tak samo, jak w czasach Vettera – wylicza Milewski. Takich przykładów jest więcej. - Islandzcy historycy geografii uznali, że to najlepszy XVII-wieczny opis wyspy w ogóle. Ma ogromną wartość poznawczą – zaznacza prof. Rott.

 

„Islandia” ukazała się w trzech wersjach językowych: polskiej, czeskiej i niemieckiej. Vetter znał te języki, choć jak tłumaczy prof. Rott po polsku pisał w specyficzny sposób. - W polszczyznę wplatał liczne bohemizmy, od których jednak jego książka jest wolna. Niewykluczone więc, że ktoś mu w jej redagowaniu pomagał – dodaje.

Książka cieszyła się dużym zainteresowaniem czytelników. Vetter nie tylko ją napisał, ale też wydał. W tym czasie mieszkał już w Lesznie, gdzie prowadził własną drukarnię. Dziś w tamtejszym muzeum obejrzeć można kilka woluminów, które wyszły spod pras jego zakładu – oprawnych w skórę, edytorsko wysmakowanych. - Vetter był ważną postacią we wspólnocie Braci Czeskich. Blisko współpracował z jej przywódcą Janem Amosem Komenskim, myślicielem i twórcą nowoczesnej pedagogiki. Pracę drukarza łączył z obowiązkami duchownego – wylicza dr Kamila Szymańska, dyrektor Muzeum Okręgowego w Lesznie. - Niestety dziś już nie wiemy, w którym miejscu mieściły się jego dom i drukarnia. Możemy tylko snuć przypuszczenia – dodaje.

W końcowym rozdziale zapewnia, że z wyprawy przywiózł znacznie więcej historii, niż ostatecznie zamieścił w książce. Jak jednak tłumaczy: „[...] nie podobna rzecz była wszystko doskonale obaczyć/ dla tegoź miałoliby się co beło nie tak jak trzeba/ a dopieroź, nie z prawdą pisać/wolałem zgoła zaniechać: teraz niech śię tym baczny czytelnik kontentuje/ a jeśli śię komu więcey chce wiedźieć/y widźieć/niech źe śię tam sam wyprawi”. Oczywiście nie była to żelazna reguła.

Vetter w Lesznie osiadł na dłużej, można nawet rzec: zapuścił korzenie. Miał żonę i gromadkę dzieci. A co ważniejsze: po młodzieńczej wyprawie na Islandię więcej już nie podróżował. No chyba, że były to podróże niezbyt odległe, podyktowane zawodowymi obowiązkami, albo życiową koniecznością. Tak stało się, chociażby w 1656 roku, kiedy to jego dom i drukarnia spłonęły doszczętnie wraz z całym niemal miastem. Pożar wznieciły polskie wojska wierne królowi Janowi Kazimierzowi. A był to odwet za to, że rok wcześniej Bracia Czescy postanowili wpuścić do Leszna szwedzkich żołnierzy. Vetter przeniósł się do Brzegu na Dolnym Śląsku, gdzie zmarł w 1669 roku.

W świat wyruszył tylko na chwilę. Wystarczyło to jednak, by w swojej głowie przez długie lata pielęgnować zachwyt. „Tak śię bowiem Bogu wszechmogącemu podobało na Swiećie – pisał Vetter w rozdziale wieńczącym »Islandię« - między Krajami y źiemiami rozmaitemi rozmite teź y Cudowne roznosći beły/ y moźe śię to za pewne twierdzić/ źe y jedney pod Słoncem Nacyi nie masz/ źeby śię we wszystkim z inszemi zgadzała/ bo zawsze jedna nad drugą coś osobliwego ma”.

 

Autor: 
Łukasz Zalesiński
Źródło: 

Onet

Dział: 
Polub Plportal.pl:

Reklama