TROCHĘ O „MAŁEJ” HISTORII TOLKIENA I WŁADCY PIERŚCIENI

Reklama

wt., 03/02/2021 - 17:52 -- MagdalenaL

Artykuł jest fragmentem rozdziału książki Braulio Fernandeza Biggsa Tolkien y el reencantamiento del mundo, w której zestawia on czynniki motywujące autora Władcy Pierścieni z sytuacją panującą w międzywojennej Europie i analizuje dzieło pod kątem literatury fantastycznej.

Tolkien zaznaczył, że byłoby mu dużo łatwiej napisać Władcę Pierścieni, gdyby Silmarilion był już wtedy ukończony i opublikowany. Dzieło to wpisywało się w większą całość, reprezentowaną (przynajmniej na etapie projektu) właśnie przez Silmarilion, który pozostawał nieskończony. Były w nim nie tylko organizacyjne podstawy dotyczące powstania Śródziemia w całej swej okazałości (kosmicznej, życiowej, historycznej, aż po geograficzną), ale także sam mit i opowieść. Ponadto nad omawianym dziełem Władcy miał unosić się odpowiednio stary sen. W ten sposób Władca Pierścieni zakładał, że losy owego Genezis będą całkowicie zakończone poprzez spójność mitów, nie tylko narracji.

Powyższy akapit pozwala zrozumieć, rzecz jasna, jego pierwotny zamiar opublikowania Silmarilionu i Władcy Pierścieni w komplecie, a przynajmniej w widocznym związku. Pokazuje również, że oznaczało to dla niego ogromny wysiłek w ciągu prawie czternastu lat – opracowanie tego „drugiego Hobbita”, jak zwykli  nazywać go wydawcy. Ten niekompletny ogrom należało dokończyć in mente, aby cała konstrukcja się nie rozpadła. Rzeczywiście, książka jest bardzo obszerna, zawiera mnóstwo postaci, niuansów i wątków pobocznych, ponadto bardzo dużo geografii, języków, zwyczajów, historiografii i folkloru, co w całości reprezentuje bez wątpienia wynik ciężkiej i żmudnej pracy. Ale sam mit, który pozostawał niedopracowany, był mniejszym problemem; dużo bardziej skomplikowane okazało się utrzymanie spójności całości.

Z drugiej strony zgodzimy się z tym, że sama „mieszanka”, która istnieje w umyśle autora, niezależnie od tego, jak wspaniała by nie była, nie pisze się sama. Potrzebne są jeszcze chęci. W przypadku Tolkiena trzeba mieć na uwadze jego status „człowieka zajętego”: żona, czwórka dzieci i praca na uniwersytecie wraz z jej obowiązkami prowadzenia zajęć i poprawiania egzaminów. W związku z tymi oraz innymi, niewymienionymi okolicznościami, droga była powolna i żmudna, jak ta, którą przebył Frodo na Górę Przeznaczenia. Jeden z jego listów do syna, Christophera, datowany na 30 listopada 1944r. (pierwsze dwie księgi opublikowano w 1954) tak to pokazuje: „…mam nadzieję, że wkrótce wyślę ci następne materiały: myślę, że nie napisałbym już więcej, gdyby nie nadzieja, że ty to zobaczysz”. W następnym miesiącu (12 września) znów pisze do Christophera: „Zacząłem znów próbować pisać (będąc na progu roku akademickiego!) we wtorek, ale napotkałem bardzo poważny błąd w synchronizacji (jeden, lub dwa dni), bardzo istotny w tym fragmencie, w ruchach Froda i pozostałych, który kosztował dużo pracy i przemyśleń, i wymagał małych, uciążliwych poprawek w wielu rozdziałach; ale, w każdym razie, rozpocząłem Księgę Piątą…”.

Jeśli te cytaty zwracają uwagę, to następny zaskakuje. W jednym liście do Stanley’a Unwina (bez daty, prawdopodobnie z 18 marca 1945 r.), odnosi się do ogólnego poziomu zaawansowania Władcy Pierścieni: „… jeszcze nie jest [dokończona] wielka kontynuacja Hobbita; używam słowa „wielka”, obawiam się, jedynie w sensie ilościowym. W tym znaczeniu jest aż nazbyt „wielka” jak na obecną sytuację. Ale nie może się streścić, ani skrócić. Nie mogę w tej kwestii zrobić nic lepszego, chyba że (co jest dość prawdopodobne) to nie ja miałbym być odpowiednim sędzią. Ale nie jest ukończona. W zeszłym roku starałem się ją ukończyć i nie powiodło mi się. Trzy tygodnie bez żadnych innych obowiązków – a przedtem trochę odpoczynku i snu – może by wystarczyły. Ale nie widzę najmniejszej perspektywy takiej możliwości; a szczerze mówiąc nie jest to rodzaj zajęcia, które można realizować w wolnych chwilach.

Tolkien był typem drobiazgowym do granic możliwości. Dla niego jako dobrego filologa, kształconego w angielskiej szkole, badania i detale nie były obsesją, ale intelektualnym obowiązkiem. Władca Pierścieni „został rozpoczęty w roku 1936 i każda z jego części była zmieniana wiele razy. Niemalże nie ma słowa pośród wszystkich 60 tysięcy, lub więcej, które by nie było rozważane. I ulokowanie, rozmiar, styl oraz wkład w całość detali, wydarzeń i rozdziałów były skrupulatnie przemyślane”. Rozważanie każdego z 60 tysięcy słów z osobna! Jeśli to obrazuje jedynie problem samego zagadnienia gramatycznego, lub składniowego, to analogicznie wyobrażamy sobie pozostałe trudy.  Ale jest to niemal przytłaczające jeśli spojrzymy na to jako na wynik takiego wysiłku psychicznego związanego z aspektem stricte literackim. Nie wspominając o aspekcie mitu i fantazji.
W tym ciężkim zadaniu towarzyszyło mu wiele osób, począwszy od jego rodziny. Ale również i przyjaciół, wśród których należy wyróżnić C. S. Lewisa.

Jak opowiada Humphrey Carpenter w swojej biografii, ich relacja kształtowała się poprzez lata koleżeństwa, spacerów i wieczornych spotkań we czwartki, w gabinecie Lewisa w Oxfrodzie. Sympatia, którą zdołali się obdarzyć była niemal dokładnym odzwierciedleniem tego, co ten ostatni napisał o przyjaźni w Czterech miłościach. Obydwaj profesorowie podzielali zainteresowanie kulturą nordycką i jej mitologią; mieli w zwyczaju czytać sobie własne pisma i poezję, tak jak pozostali Inklingowie. Byli całkowicie zgodni w kwestiach zawodowych, na przykład w sprawie reformy programów nauczania (do akceptacji której Tolkien zdołał przekonać wydział, z pewnością dzięki Lewisowi). Znany jest nam także udział Tolkiena w nawróceniu Lewisa, skąd możemy sobie wyobrazić jak wielka była jego wdzięczność. Na koniec podsumowanie tej przyjaźni podaje sam Lewis w Surprised by Joy. Mówi tam, że „doprowadziła do upadku dwóch starych uprzedzeń. Kiedy przyszedłem na świat, zostałem (przesadnie) ostrzeżony, że nigdy nie powinienem ufać papiście; kiedy przyjechałem na Wydział Anglistyki zostałem (przesadnie) ostrzeżony, że nigdy nie powinno się wierzyć filologowi. Tolkien był jednym i drugim”.

Jako prawdziwy przyjaciel, Lewis nie tylko czytał i słuchał jak Tolkien czyta większą część swojego dzieła, ale także, obiektywnie rzecz biorąc, bardzo zasłużył się w zachęcaniu go, aby kontynuował w momentach, w których on sam już nie wierzył w to, co robi. Jest wiadome, że około roku 1940 ich relacje uległy ochłodzeniu, po części z powodu dołączenia się Charlesa Williamsa do Inklingów, a po części z powodu narastającej wokół Lewisa opinii chrześcijańskiego apologety. Odnośnie Lewisa, jeśli jest coś co kiedykolwiek można mu zarzucić odnośnie jego kolegi z Oxfordu (i, co więcej, za co powinno się go wychwalać, biorąc pod uwagę rozwój obydwu intelektów i ową „popularność” Lewisa) to jego szczere zainteresowanie tym, co dotarło do nas z czwartkowych spotkać Inklingów.

Kolejna rzecz warta rozważenia w procesie twórczym Władcy Pierścieni to jego podział. Należy pamiętać, że nie jest to trylogia, ale jedna duża opowieść. Trzy części, w których została opublikowana (te same co dzisiaj, z minimalnymi wyjątkami) były jedynie odpowiedzią na decyzję wydawcy Allen & Unwin, podjętą z pewnością ze względów ekonomicznych, która nigdy Tolkiena nie zadowoliła. W postscriptum pod jednym z listów do swojego amerykańskiego wydawcy Houghtona Mifflina Co., oznaczonym datą 30 czerwca 1955 r. oraz nawiązującym do nieszczęśliwego artykułu, który pojawił się w „The New York Review of Books”, Tolkien napisał: „Książka, oczywiście, nie jest żadną trylogią. To oraz tytuły ksiąg są bzdurą uznaną za potrzebną z powodu ich długości i kosztów. Nie istnieje prawdziwy podział na trzy, a żadna z tych części nie jest zrozumiała bez pozostałych. Historia została poczęta i napisana jako jedna całość i jedynymi naturalnymi podziałami są księgi I – VI (które pierwotnie nie miały tytułów)”.

Zanim przejdę do podsumowania tych anegdot, chciałbym zwrócić uwagę (także jako na jeden z problemów Tolkiena) na fakt, że nie było wcale mało prób dostrzeżenia (autorowi wbrew) we Władcy Pierścieni symboli i odniesień do współczesności. Niektóre były całkowicie niedorzeczne; inne prawdopodobnie  powstały pod wpływem poglądu, że nad Zachodem wiszą jakieś nieszczęścia. Tak jak zasugerowałem na początku tej części, choć w innych słowach, nie ten czas i miejsce. Mimo że pomysły, iż Sauron miałby być Hitlerem, albo Czarni Jeźdźcy oddziałami S.S. nie wytrzymują głębszych analiz, to jednak, ku irytacji Tolkiena, w jego epoce krążyło sporo komentarzy w takim stylu.

Mówiąc o tym wszystkim nie twierdzę, że takie pomysły powinny być od razu odrzucane. Przynajmniej nie samo to, co reprezentują. Już wyjaśniam: chociaż dostrzeganie w Drużynie Pierścienia metafory sił alianckich brzmi niemal jak majaczenie (albo w przybyciu Aragorna wraz z flotą do Gondoru – lądowanie w Normandii, lub inną podobną operację), to dla czytelnika okresu powojennego, który przeżył całą tę katastrofę, który cierpiał, stracił przyjaciół i bliskich; na własnej skórze doświadczył całego tego horroru; skojarzenie, chociaż błędne, okazuje się właściwie nieuniknione. A więc po zetknięciu się z sojuszem rozmaitych ras, które się jednoczą, aby zwalczyć wspólnego nieprzyjaciela, zamierzającego zawładnąć światem, odczucia byłego żołnierza nie mogą być bardzo odległe od tych, które przeżywał Samwise. To co usiłuję powiedzieć, to że chociaż taki punkt widzenia nie może stać się interpretacją literacką (chociaż pewne teorie uznałyby ją za słuszną), to okazuje się zupełnie zrozumiałe, że: przykładowy weteran RAFu, któremu brakuje nogi, a połowa jego czaszki jest z metalu dzięki piekielnemu Hitlerowi i całemu mrokowi jego horrorów, kiedy w niedzielę po obiedzie usiądzie w salonie z egzemplarzem Władcy Pierścieni w rękach i przeczyta przebieg bitwy na Polach Pelennoru, patrząc od czasu do czasu przez okno, dzięki tajemniczemu „ludzkiemu” efektowi, nie będzie w stanie dostrzec ogrodu, a jedynie natychmiastowe, brutalne wspomnienia. Przecież my żyjemy w epoce będącej na przeciwległym biegunie w stosunku do ruiny, którą była Europa od 1914 roku!

Podsumowując i pamiętając o wszystkich niedoskonałościach jakichkolwiek porównań oraz o tym, dla jakiego środowiska były przeznaczone, czy przykłady takie jak powyższy (choć niektórym wydają się banalne) nie są przypadkiem wynikiem obcowania z prawdziwą sztuką? Czy to nie ona dotyka naszych najgłębiej skrywanych żądz i lęków, smutków i radości, budząc w nas to, kim jesteśmy i co przeżyliśmy? Byłoby absurdem potraktować to jako obiektywną normę, to oczywiste; zdeformować to, co zostało napisane, wmawiać wszystkim, że jabłko jest cytryną. Ale jeśli dla biednego weterana Freda jabłko ma smak cierpki…

Podsumowując pokrótce wraz z C. S. Lewisem „te wydarzenia nie zostały wymyślone, aby odbijać jakąś konkretną sytuację w realnym świecie. Było na odwrót: to prawdziwe wypadki zaczęły się formować w straszliwy sposób, na wzór, który on [Tolkien] wymyślił samodzielnie”. Czy mamy tu do czynienia z jakimś odczarowywaniem rzeczywistości?

Tłumaczyła Maria Kałuża

Autor: 
Braulio Fernandez Biggs
Źródło: 

bibliotecanacionaldigital.gob.cl

Dział: 
Polub Plportal.pl:

Reklama