Słowianie – „antropologiczny śmietnik” czy „najbardziej wierni genetycznemu dziedzictwu Europy”?

Reklama

sob., 01/26/2019 - 12:17 -- zzz

Jeśli ktoś od 500 lat mieszka na peryferiach Europy (bo owa się odwróciła od lądu ku oceanowi w czasach wielkich odkryć geograficznych) i w dodatku należy do etnosu, którego nazwa według popularnej etymologii pochodzi od słowa „niewolnik”, to mało kto będzie się z nim liczył i słuchał jego narracji. Choćby wymyślił koło (i ser).

Nazwa Słowianie wywodzi się z prasłowiańskiego rdzenia slovo, a nawet praindoeuropejskiego klew-, co oznaczało ludzi „swoich” i/lub „znających słowo”, czyli po prostu umiejących mówić. Jest pradawnym samookreśleniem się niejako w opozycji do „Niemców” – ludów, które w zetknięciu ze Słowianami „nie umiały mówić”, były nie-swoje. Powszechne jest jednak błędne wywodzenie jej od greckiego slávoi, późnołacińskiego sclavus, angielskiego slave, francuskiego esclave – czyli niewolnik. 

Nie da się też o nikim gorzej pomyśleć – i powiedzieć – niż że nie wiadomo, skąd tu nie tak dawno przylazł, a matka i babka mu się puściły z żołdakami, którzy wielokrotnie maszerowali we wszystkie strony przez jego dom. „Jeżdżenie” w ten sposób po Słowianach – w tym Polakach – było i nadal bywa w Europie zjawiskiem naukowym. To znaczy badania lingwistyczne, archeologiczne i historyczne prowadzono tak – a może i po to – aby ten stereotyp utrwalać. 

Na szczęście Genetix miesza w Archeo. Na razie jeszcze w kwestii Słowian i Polaków oficjalnie nieznacznie, choć gdy światło dzienne ujrzy wreszcie wielka praca dotycząca bitwy sprzed 3300 lat nad Tołężą (rzeka Tolensee w Meklemburgii-Pomorzu przednim), to zaczniemy z pewnością żyć w nieco inaczej opisanym świecie. To zmaganie – choć nie opiewał go żaden Homer – zaangażowało siły porównywalne z wojną trojańską. A nawet – biorąc pod uwagę ówczesną gęstość zaludnienia wynoszącą mniej więcej 5 osób na kilometr kwadratowy – ze swoimi około 4 tys. walczących wojowników była to po prostu największa bitwa epoki brązu znana dziś historii, przy której potyczki faraonów opisane hieroglifami na monumentach to zabawy w piaskownicy.

Na okoliczność gigantycznej bitwy nad Tołężą ponad 3 tys. lat temu nasi bezpośredni i bliscy przodkowie pojawili się na Pomorzu Zachodnim w sporej liczbie i uzbrojeni po zęby. Z daleka przybyli z taborami, czy po prostu wyszli z chałupy i poszli się bić? Na zdjęciu XXIV Międzynarodowy Festiwal Słowian i Wikingów, Wolin, 3 sierpnia 2018 – wielka bitwa z udziałem ponad 400 wojów. Fot. PAP/Marcin Bielecki

Jak możemy przeczytać na łamach magazynu „Science” z 2016 roku, w tekście autorstwa Andrew Curry’ego, dotychczasowa analiza 10 proc. powierzchni pobojowiska w tym zachodniopomorskim stanowisku archeologicznym na terenie dzisiejszych Niemiec, prowadzona od początku pod auspicjami lokalnego Uniwersytetu w Griefswaldzie (a są to największe wykopaliska pola bitwy w XXI wieku) wskazuje, że walczyło ze sobą od 2 do 10 tys. ludzi. Nie da się wykluczyć – ze względu na liczbę odnalezionych szczątków – śmierci ćwierci, a nawet aż połowy z nich, czyli całkowitej klęski jednej ze stron i masakry jej wojowników. Że archeo-wojny były wyniszczające, co wiemy dziś bardziej dzięki genetyce niż archeologii.

 

Jedna czwarta poległych wojowników (byli młodzi, jak na nasze standardy: 20-30-letni) miała uprzednie, zagojone rany zadane w walce. Mogli być zatem profesjonalistami lub co najmniej posiadali spore doświadczenie w walce. Najciekawsza jest jednak analiza ich DNA i zawartości izotopów różnych pierwiastków w ich zębach, pozwalająca określić, skąd pochodzili. 

Otóż genetycznie reprezentują oni trzy grupy: podobną do dzisiejszych południowych Europejczyków, podobną do dzisiejszych Skandynawów i podobną do dzisiejszych… Polaków. Z tego faktu nie da się wyciągnąć ani więcej, ani mniej niż to, że przynajmniej na okoliczność tej gigantycznej bitwy ponad 3 tys. lat temu nasi bezpośredni i bliscy przodkowie, lub co najmniej kuzyni przodków, pojawili się na Pomorzu Zachodnim w sporej liczbie i uzbrojeni po zęby. Kwestią jest, czy z daleka przybyli z taborami, czy po prostu wyszli z chałupy i poszli się bić.

Skoro nie mamy dotąd własnego poważnego ośrodka archeogenetyki, to nie ruszymy z miejsca. Bo nikt inny poza nami nie ma interesu w likwidowaniu stereotypów, które panują na nasz temat. 

A tu jeszcze z drugiej flanki występuje zjawisko skrajnie przeciwne, zwane turbo-slawizmem, czy turbo-lechictwem. Z youtuberskich sążnistych przemów na tle map wyrysowanych flamastrem na kartce (nie mają bowiem turbosłowianie przebicia na producentów „Ancient Alliens”) możemy się dowiedzieć, na podstawie średniowiecznego kronikarstwa i innych tej miary źródeł, że Wikingowie to Słowianie, i Wandalowie też. I Hiperborejczycy, a jakże! I w ogóle Noe, a nawet Adam z Ewą to Słowianie, co przecież wywodził już pono „z języka” ksiądz Benedykt Chmielowski w swych nieśmiertelnych „Nowych Atenach”. 

Niestety, w najnowszej a najpowszechniej dziś dostępnej książce z zakresu historii naszej ojczyzny, „Dziejach Polski” prof. Andrzeja Nowaka (Biały Kruk, 2014 r.), „cały ten jazz” robiony dziś przez Genetix w Archeo znajduje słabe odbicie. Bo będąc pozycją najświeższą, w tym jednak zakresie już starzeje się na naszych oczach. Profesor Nowak zatem nie wspomina w ogóle o Tołęży (gdzie szczegółowe wykopaliska trwają dopiero od 2007 roku, a badania genetyczne podjęto jeszcze później), ani nie ma szans napomknąć o analizie pochodzenia genetycznego (chromosomu Y) Piastów, gdzie pierwsze dane pojawiły się niemal dwa lata temu.

 

 

Hipotetyczna etnogeneza Słowian ok. 1000 p.n.e. według teorii autochtonicznej. Fot. Wikimedia Commons/ Mathiasrex Maciej Szczepańczyk, na podstawie bazy przygotowanej przez użytkownika Dbachmann - Praca własna, CC BY-SA 3.0

Zaś rozważając na początku swego dzieła genealogię Polaków jako Słowian, prof. Nowak pisze jedynie tak: „W rozprawie przedstawionej na UAM w Poznaniu w 2012 r. Anna Juras przedstawiła wyniki analizy genetycznej szkieletów pochodzących z cmentarzy rozsianych na terenie tworzącym kolebkę państwa Piastów (…). 38 szkieletów pochodziło z II w. p.n.e – IV w n.e., zaś 34 z wieków X-XIV n.e. (…). Z jednej strony widoczne są odległości genetyczne między badanymi populacjami, (czyli że są od siebie odmienne – przyp. MKS), a także zbieżność między materiałami z polskiego średniowiecza i współczesnej Białorusi, Ukrainy, Bułgarii. (…) Z drugiej jednak strony badanie wykazało, iż pewne linie wykazywały ciągłość genetyczną przynajmniej od okresu rzymskiego, lub nawet neolitu”.

 

Prof. Nowak określa ten wyrok genetyki jako salomonowy i uznaje te neolityczne linie za miejscowe, ale etnicznie ze słowiańszczyzną nic nie mające wspólnego1. Możemy ich zatem miewać w genealogii, ale niejako odpryskiem i „zdominowanych genetycznie przez słowiańską ekspansję osadniczą i rozrodczą od VI w. n.e.”. 

Podstawową rzeczą, którą trzeba w tym miejscu zrozumieć jest fakt, że geny, zwłaszcza całe ich kompleksy zwane wielkimi fragmentami chromosomów, zachowują się tak, jak kropla atramentu wpuszczona na szybę zalaną wodą. Im bliżej miejsca spuszczenia kropli, tym kolor – a tym samym powszechność w populacji konkretnych układów genetycznych – intensywniejszy. Gdy powstaje jakaś epokowa mutacja – taka, która rozpocznie nową genetyczna gałąź na drzewie genealogicznym ludzkości – to jej występowanie jest, a przynajmniej teoretycznie powinno być, najczęstsze wokół miejsca powstania. No ale migracje, zwłaszcza wielkie, mogą to zaburzać. I po to jest m.in. archeogenetyka (czy paleogenetyka), aby ustalić, jak się mają ci, co żyją w danym miejscu dziś, do tych, co żyli tu 2 czy 20 tys. lat temu. Albo i wcześniej, o ile poleżeli pod lodem i ich DNA jest dobrze zakonserwowane. 

W owym tekście opisałam też naszych trzech (a nawet czterech) europejskich ojców i fakt klarowny dziś dla nauki, że z punktu widzenia genetyki wszyscy w Europie, od Norwegii po Sardynię i od Połtawy po Gibraltar, siedzimy na swoim miejscu od 5 tys. lat. Żaden NOWY znaczący element genetyczny już nam od wtedy nie przybył spoza Europy. Raczej wybył, powiedziałabym, w stronę subkontynentu indyjskiego. Zdarzały się oczywiście najazdy i podboje, ale… my, Słowianie zachodni, mamy mniej np. „krwi mongolskiej”, niżby sugerowała nam wyobraźnia. 

Ojciec pierwszy – ów człowiek współczesny, co to przybywszy z Afryki 40 tys. lat temu zdążył się jeszcze wymieszać z białoskórym neandertalczykiem, zanim ten wymarł – zostawił nam swe dziedzictwo genetyczne mniej więcej wszędzie. W linii męskiej pierwsi współcześni potwierdzeni przybysze do Europy to ponoć nosiciele chromosomu Y tzw. haplogrup: C i F (kultury protooryniacka i oryniacka), a następnie I i I2 (kultury magdaleńska i azylska). Tu na marginesie, choć nie zamierzam wprowadzać wiele z tego genetycznego szyfru w popularnym tekście: takimi symbolami określa się konkretne warianty sekwencji DNA chromosomu Y. Biegli w tym systemie, patrząc na wielką literę, cyfrę przy niej i literkę małą bezbłędnie rozszyfrowują, kto jest spokrewniony z kim po mieczu.

Waza z Bronocic – ceramiczne naczynie z rysunkiem (drugi od prawej) interpretowanym jako najstarszy znany dowód używania pojazdu kołowego. Wiek wazy szacuje się na 3635–3370 p.n.e. Fot. Wikimedia commons/Silar - Praca własna, CC BY-SA 3.0

Pewne europejskie populacje mają więcej dziedzictwa po jednym z ojców (np. Sardyńczycy to niemal czysty genom pierwszych Europejskich rolników przybyłych z terenów Anatolii), inni po innym (np. Estończycy w dużej części swego genomu reprezentują komponent ANE, czyli Ancient North Eurasian, z pewnej intelektualnej przekory zwany popularnie „hiperborejskim”, ówże obecny także u Indian Amerykańskich). My zaś najwięcej mamy wspólnego z ojcem, który pojawił się ostatni, i przyniósł z pontyjskich stepów indoeuropejski język i swoje baśnie, ale niewiele kobiet. Te znalazł na miejscu.

Czy tu wjechał na kołowym rydwanie, czy stąd na nim wyjechał, m.in. na podbój Indii, jest przedmiotem sporu. Nie ulega jednak najmniejszej wątpliwości, że najstarsze na świecie wyobrażenie wozu kołowego o rozdwojonym dyszlu znaleziono wyryte na skorupach naczynia odkrytego na stanowisku archeologicznym we wsi Bronocice koło Pińczowa. Tamże w latach 70. XX w. odkryto również poroża bydła z wyraźnymi śladami zaprzęgania do jarzma. Datowanie C14 umiejscawia te bezcenne dla ludzkości skorupy w okresie 3600 – 3400 p.n.e. 

Podobnie jest z najważniejszym, po chlebie, odkryciem dietetycznym ludzkości, który pozwolił ludziom niezdolnym do trawienia laktozy w wieku dojrzałym (a tacy niegdyś byliśmy wszyscy) jeść bogate w białko i tłuszcz produkty mleczne i nie mieć biegunki przeplatanej z wymiotami. Mianowicie – z serem. Do niedawna sądzono, że wynalazek serów zawdzięczamy przybyszom z Bliskiego Wschodu czasów biblijnych. Jednak opublikowane na łamach prestiżowego magazynu „Nature” badania wykazały, że na Kujawach wytwarzano ser już 6, może nawet 7 tys. lat temu! Ówcześni osadnicy, pierwsi rolnicy i hodowcy zwierząt, nietolerujący jeszcze laktozy, potrafili wytwarzać naczynia gliniane z rodzajem sita, które pozwalało oddzielić tłustą, fermentującą masę serową od obfitującej w laktozę serwatki.

Brak własnego centrum specjalizującego się w archaicznym DNA, a jednocześnie istnienie najstarszego takiego i najbardziej nadal prestiżowego ośrodka nomen omenw Lipsku być może nie ma takich skutków dla naszej suwerenności, no powiedzmy narracyjnej, jak parcie Marchii Wschodniej nach Osten 1000 lat temu, ale … Stan ten nakłada się na znikomość danych archeologicznych i obyczaje pogrzebowe naszych przodków, preferujących kremację. A ta nie daje na razie żadnej szansy na badania archaicznego DNA. (Stąd takie znaczenie stanowiska nad Tołężą – tam woje po prostu utonęli w bagnie i da się pozyskać ich DNA). W XIX wieku, gdy wszyscy na kontynencie zaczęli grzebać we własnej przeszłości, nas po prostu nie było na mapie – i to generalnie, słowiańsko wszystkich. Imperium Rosyjskie zaś, rządzone przez niemiecką dynastię, miało inne troski niż grzebanie w ziemi za słowiańską przeszłością.

Handel we wschodnim państwie wczesno-słowiańskim. Obraz z XIX wieku, nieznanego artysty, znajduje się w prywatnej kolekcji. Fot.: Fine Art Images / Heritage Images / Getty Images

Byliśmy w powszechnej świadomości elit europejskich, jak to barwnie określił porucznik von Nogay w „CK dezerterach”: „trzodą słowiańskich bydląt niezdolnych do samodzielnego życia”. Takie podejście bywa nadal prezentowane np. w niemieckim muzealnictwie. Chociażby w regionalnym muzeum we wspomnianym przy okazji Tołęży pomorskim Greifswaldzie (nota bene: to miasto hanzeatyckie, gdzie studiował i zakładał korporację studencką „Polonia” Ludwik Rydygier). W dziale historii starożytnej regionu stoi napisane, że okres dominacji germańskiej zakończyła wędrówka ludów i przybycie plemion słowiańskich, znacznie od Germanów prymitywniejszych. Zaś późniejsza ekspansja Marchii Wschodniej to nic innego, jak odzyskiwanie przez prawowitych właścicieli ziem zagrabionych przez dzikich najeźdźców. Co oni tam teraz napiszą, skoro zasadniczo muszą pokazać Tołężę i własne wykopaliska, jest co najmniej ciekawe.

 

Dwudziestolecie międzywojenne było za krótkie, inwestowano – także prywatne środki, np. milionera-chemika Czochralskiego – głównie w Biskupin. Słusznie, ale mało. Po wojnie był wyścig o „piastowskie Ziemie Odzyskane”, ale archeologiczny świat nie miał ochoty rewidować poglądów na podstawie odkryć robionych w takich ramach za Żelazną Kurtyną. Zwłaszcza, że ziemie owe były w najszacowniejszych przewodnikach europejskich po Polsce (np. francuskim Michelinie) określane jeszcze w wydaniach z lat 80. jako „znajdujące się pod czasową polską administracją”. 

Dopiero odkrycia w Jaskini Obłazowej – opisane w „Nature”’ w 1987 roku – oraz postępy „archeologii autostradowej” i wreszcie swoisty boom archeologiczny ostatnich kilku lat, gdy odkryto np. osadę z epoki brązu (VIII-VI w p.n.e.) koło Suchowoli na Podlasiu (usłyszeliśmy o niej w sierpniu ubiegłego roku), zmieniają reguły gry. Także najbogatszy pradziejowy grób z terenu Polski na wschód od Wisły, nazwany „książęcym”, sprzed 2 tys. lat, o którym doniesiono 11 stycznia tego roku, daje nadzieję na nowe otwarcie tematu słowiańszczyzny – i Polski – w światowej archeologii. Oczywiście nadal jako „ziem dzisiaj zamieszkiwanych przez Słowian”, ale dobre i to na początek. 

Pytanie, które ciśnie się w tym momencie jest następujące: gdzie Słowianie (i Polacy) mają swoje korzenie genetyczne i kulturowe (bo to nie musi być tożsame)? Czy w „drużynie” Mieszka I i jego ojca (początek X wieku, jak sugerowałaby nasza estyma dla daty 966)? Na marginesie tej debaty istniał też pogląd (nazwę go „fonnogaizmem”), zaprezentowany np. w popularnej książce „Czy wikingowie stworzyli Polskę?” Zdzisława Skroka (Iskry, 2013), że lechicki żywioł potrzebował tu twardej i sprawnej ręki wikingów, aby „ogarnąć temat” tworzenia wspólnoty politycznej, państwa i administracji. Zatem Mieszko (ewentualnie jego ojciec i dziad oraz drużyna) byli wikingami. Czy może korzeni mamy szukać w kulturze określanej przez archeologów jako Praga-Korczak, co to niczym Filip z konopi, wyskakuje w środku Europy w wieku V-VI n.e.? Tak twierdzą historycy, tzw. allochtoniści, jak i prof. Nowak. A może „wszyscyśmy z Biskupina” i pochodzimy z kultury łużyckiej, obecnej tu, gdzie dziś Polska, 1300-500 lat p.n.e., jak uczono nas w PRL-owskiej szkole?

Rozprzestrzenienie języków słowiańskich w Europie. Fot. Wikimedia commons/Bukkia - Praca własna, Domena publiczna

Językoznawcy z kolei nie mają wątpliwości, że przynajmniej kulturowo, bo język jest podstawą kultury znacznie bardziej niż dowolne potłuczone garnki (aczkolwiek są od tej reguły odstępstwa), mamy ścisły związek z ekspansją indoeuropejskich ludów określanych jako kultura ceramiki sznurowej (3000-2250 p.n.e.). Obok czy w obrębie tej grupy genetycy, taki np. David Reich z Harvardu, znajdują lud nazywany Yamnaya – Jamowcami, od struktury stosowanego przez nich pochówku ziemnego. To był ów europejski, wspomniany wyżej ojciec nr 4. Zostawił chromosom Y dziś określany jako R1b, a nawet – w sposób dość nieuprawniony – jako „germański Y”2.

Na istotnym marginesie: DNA ludzi kultury ceramiki sznurowej niemal kompletnie (poza chromosomem Y) pokrywa się z DNA ludzi z kultury grobów jamowych. Teoria o stworzeniu kultury ceramiki sznurowej przez ludzi z kultury grobów jamowych nie zaistniałaby bez zastosowania genetyki3. Porównywanie tylko znalezisk archeologicznych niepoprawnie stwierdzało, że były to odrębne grupy ludności! (Czy ja ciągle nie mówię, że garnki można lepić raz takie, raz inne, a geny trwają i tylko trochę się zmieniają?) 

Tuż obok nich – w tej samej dla dzisiejszej Europy fali rodzicielskiej, z tych samych pontyjskich stepów i niemal w tym samym czasie – pojawiają się Zrębowcy, nazywani tak od grobu w jamie ziemnej umacnianego palami zaciosywanymi i łączonymi na zrąb. Genetyczne bardzo blisko Yamnaya i z chromosomem Y jak Sznurowcy, zostawili po sobie bowiem chromosom Y R1a. Na wyrost nieco nazywany słowiańskim. Do tych dwóch grup zatem jeszcze będziemy musieli wrócić. Zresztą nasza środkowoeuropejska historia wydaje się robić to non stop, czyż nie? 

Brak własnego ośrodka badawczego sprawia również, że analizom danych, śledzeniu światowych (także, a właściwie zwłaszcza rosyjskojęzycznych, nie tylko zachodnich) publikacji na temat badań archaicznego DNA oraz porównywaniu publicznie dostępnych, anonimowych danych genetycznych zdeponowanych w firmach trudniących się genealogią genetyczną, poświęcają się pasjonaci. W ramach prywatnych przedsięwzięć prowadzoną oni projekty genetyczne poświęcone konkretnym haplogrupom chromosomu Y (np. R1a , I2a ) lub DNA konkretnych grup (np. Polaków ) czy regionów (Śląsk). Niektórzy, jak np. ks. Stanisław Pietrzak z Rożnowa, prowadzą serwisy internetowe uczące o genetycznym pochodzeniu. Stosowne do analizy danych genetycznych oprogramowanie bywa dostępne, ale są i tacy, którzy tworzą własne informatyczne pomoce i skrypty. 

Byłoby dobrze, gdyby ich trud spotkał się z życzliwą i krytyczną uwagą środowisk naukowych. Nie chodzi tu bowiem o budowanie jakiś „kompletnie od czapki” turbosłowiańskich „teorii”, tylko o dotarcie do własnych korzeni, zbudowanie genealogicznego drzewa. A i zakumulowana przez hobbystów wiedza i obeznanie z tematem czasem mogłaby zawstydzić profesjonalnych genetyków.

W Otwocku odkryto dobra materialne tzw. kultury świderskiej z późnego paleolitu, datowanej na 10600 lat p.n.e. do ok. 9600 lat p.n.e. Należy ona do kręgu kultur ostrzy trzoneczkowatych (na rysunku). Nazwa kultury nawiązuje do eponimicznego stanowiska Świdry Wielkie. Fot. Wikimedia Commons/Albin L - Praca własna, Domena publiczna

W ramach takich amatorskich analiz porównawczych autosomalnego DNA (auDNA – nasz DNA z wyjątkiem chromosomów X, Y oraz mitochondrialnego DNA dziedziczonego prawie wyłącznie po matce) można próbować szukać słowiańskiego, czy nawet polskiego DNA wśród pierwszych Europejczyków sprzed ponad 35 tys. lat, badanych na przykładzie szczątków tzw. człowieka z Goyet. Ma on bowiem, według analiz jednoliterowych miejsc polimorficznych w auDNA, spore podobieństwo do nas, jak tu jesteśmy. Większe niż do innych grup etnicznych – przechowaliśmy trochę więcej niż trochę tego „komponentu DNA”. W okresie lodowcowym to ludność najczęstsza w całej Europie, w polodowcowym na terenie dzisiejszej Polski – co najmniej do neolitu (3100–2600 p.n.e., kultura amfor kulistych). Między nim a nami pośredniczą ludzie tzw. kultury świderskiej (wykopaliska Świdry Wielkie w Otwocku), datowanej na ok. 10 tys. lat p.n.e., czyli początek ery polodowcowej.

 

 

Skoro genetyka pozwala badać DNA mający nawet kilkadziesiąt tysięcy lat, to nie da się ukryć, że genetyczne badania Karelczyka z Jeleniej Wyspy pokazują, że Słowianie mogą mieć w nim odległego „współplemieńca”, sprzed 8 tys. lat. Ów Karelczyk nie tylko posiadał znajdowaną u ok. połowy polskich mężczyzn haplogrupę R1a chromosomu Y, ale przede wszystkim dzieli z Polakami dużo materiału genetycznego znajdującego się na pozostałych chromosomach, czyli auDNA. Co przez to rozumieć? 

 

Najprawdopodobniej był jednym z przodków populacji, która złożyła się w odpowiednim momencie na proto-Indo-Europejczyków. Stąd też dużo wspólnego DNA ze Słowianami i Bałtami (a w nieco mniejszym stopniu z całą resztą Europy). Jeśli kontynuować analizy autosomów, to wydziela się dość wcześnie, bo ok. 24 tys. lat temu, wspomniany już wyżej komponent ANE, ten „hiperborejski”, poznany dzięki szczątkom chłopca z Syberii zwanego Mal’ta. A z niego już w mezolicie, dzięki mieszankom z innym wiodącym komponentem genetycznym Europy ówczesnej, powstaje autosomalny komponent wschodnioeuropejski. 

Teraz na tle owych przeważających i lokalnych autosomów, trzeba rozważyć dziedziczenie chromosomu Y, jako że on nie ulega innym przemianom genetycznym niż mutacje i dziedziczy się wprost po ojcu. A autosomy po obojgu rodzicach nie tylko mutują, ale i wymieniają się całymi odcinkami pomiędzy wariantem matczynym i ojcowskim, czyli rekombinują. 

Tutaj, jak już zapowiedziałam, zainteresujemy się grupą określoną jako Y R1, skoro nasi rodzimi panowie są właśnie w nią najczęściej wyposażeni. Otóż według wyliczeń, ponad 30 tysięcy lat temu powstała haplogrupa R. Gdzie dokładnie? Do końca nie wiadomo, ale najstarsze dotąd odnalezione R to właśnie chłopiec Mal’ta z Syberii datowany na „zaledwie” kilka tysięcy lat mniej (ok. 24 tysiące lat). Około 20 tysięcy lat temu powstała haplogrupa R1a. Natychmiast rozdzieliła się na gałąź mającą około 14 tysięcy lat oraz drugą, mającą dzisiaj 12 tysięcy lat. Do tej pierwszej, nieco starszej gałęzi należał Karelczyk z Jeleniej Wyspy. Należy też do niej większość (99%) obecnie żyjących posiadaczy R1a, zajmując przeróżne miejsca na jej „drzewie genealogicznym”.

A co z DNA Piastów? Czy najdłużej panująca i owiana legendami polska dynastia tak naprawdę miała pochodzenie obce? Na rysunku Jana Matejki z cyklu „Poczet królów i książąt polskich” Mieszko I z dynastii Piastów, sprawujący władzę od ok. 960 roku – w 966 roku przyjął chrzest. Fot. Wikimedia Commons, domena publiczna

Grupa Karelczyka dzieli się na kolejne dwie podstawowe kategorie. Jedna występuje reliktowo na terenie Europy i „walczy o przetrwanie”, a druga jest zdecydowanie popularniejsza i ma się bardzo dobrze. Liczący niespełna 6 tysięcy lat chromosom Y, tzw. R1a-M417 i wszystko, co się z niego wywiodło na drodze mutacji, „miało w swoich rękach” bardzo duży kawałek historii. Byli to bowiem: Alanowie, Scytowie, Bałtowie, Słowianie, ale też ludy nordyckie, Sasi, Normanowie, Hunowie, Persowie, Ariowie itd. Wszystkie te grupy R1a da się odróżnić operując specyficznymi nazwami mutacji odróżniających je i kolejno pojawiających się w czasie.

 

Do tej haplogrupy należy ponad połowa mężczyzn w Polsce, ale występuje ona powszechnie wśród ludności słowiańskiej i bałtyckiej, a także m.in. u Skandynawów i ich potomków w całej Europie Północno-Zachodniej. Dużo R1a jest po Słowianach (i nie tylko) w samych Niemczech. Nie brak R1a u ludności irańskojęzycznej. Wśród Pasztunów żyjących w Afganistanie zdarza się nawet większy udział R1a niż gdyby przetestować chromosomy Y stacjonującego tam polskiego kontyngentu wojskowego. Obie tak testowane grupy mężczyzn różniłyby się jednak znacznie miejscem zajmowanym przez ich konkretne Y na drzewie R1a. 

Przy okazji opisywania Polaków nie sposób nie powiedzieć słowa więcej o dwóch najbardziej tajemniczych zagadnieniach. Pierwsze: jak się genetycznie mamy my dzisiejsi do mieszkańców starożytnego Biskupina, czyli kultury łużyckiej. Może trudno w to uwierzyć, ale nie ma wyników dotyczących kopalnego DNA tej kultury ze znalezisk na terenie Polski. Jest tylko pre-łużycka próbka z kultury iwieńskiej, ze stanowiska w Gustorzynie na Kujawach (ma Y R1a-Z280). W okolicach zaś obecnego Halberstadt (Saksonia-Anhalt) odnaleziono chromosom Y R1a-Z280 datowany na 1113-1020 p.n.e, a więc nie tak długo po bitwie nad Tołężą. 

auDNA tej próbki wyglądał germańsko, co nie dziwi z racji sąsiedztwa kultur przypisywanych proto-Germanom, ale już gałąź chromosomu Y wskazuje na pochodzenie „sznurowe” i to takie z rejonu Wisły. Czyli np. pra-dziadek tego Saksończyka był typowym Łużyczaninem, ale już (pra)babka i matka proto-Germankami. Znajdowanie niektórych gałęzi R1a-Z280 tylko u obecnie żyjących potomków Celtów lub Germanów pozwala wysnuć przypuszczenia, że kultura łużycka w pewnym, raczej niedużym stopniu wpływała genetycznie na te dwa krystalizujące się etnosy. Dziś żyją nie tak liczni potomkowie Łużyczan rozsiani po całej Europie i nie mający najczęściej o tym bladego pojęcia. 

Drugie pytanie: co z DNA Piastów? Do jakiej haplogrupyY należała najdłużej panująca i najbardziej chyba owiana legendami polska dynastia? Szczególnie, że nie brak jest hipotez dotyczących jej obcego pochodzenia. Około dwa lata temu pojawiły się, nieoficjalnie, wstępne wyniki analizy piastowskiego chromosomu Y z dwóch różnych pochówków. Jak na razie wszystko wskazuje, że będzie to haplogrupa R1b, a nie najliczniejsza w Polsce R1a.

 

Czy to oznacza, że piewcy obcego pochodzenia Piastów mieli rację? Bynajmniej, na razie to o niczym nie przesądza. R1b posiada, w zależności od regionu zamieszkania, około 20% Polaków, jest to więc trzecia najpopularniejsza w Polsce haplogrupa (po R1a i I). Bardzo wiele, tak samo jak w przypadku R1a i innych haplogrup, mówi genetykom-genealogom dokładna pozycja na drzewie. Może ona zadecydować o tym, czy tamto R1b miało zupełnie obce podłoże, czy było od dłuższego czasu u Słowian, czy też może pochodzi np. od zastanych pozostałości po Gotach?

Czeka nas w tej kwestii ciekawy czas. Tym bardziej, że od kilku lat trwają oddolnie prowadzone badania m.in. szlachty mazowieckiej, czy ludności z podwarszawskiego Urzecza. Testuje się też z własnej inicjatywy coraz więcej Polaków, którzy chcą w ten sposób poznać swoje genetyczne dziedzictwo. Każdy, kto chce i ma na to środki, może zbadać swój DNA w kilku wiodących na rynku firmach. Każda z tych osób będzie mogła sprawdzić, czy i jak bardzo jest spokrewniona z Piastami, gdy już poznamy dokładny wynik analizy ich DNA. I opowiedzieć o tym na facebookowej stronie polskojęzycznej grupy Genealogia Genetyczna czy w podobnych „klubach” innych mediów społecznościowych. 

Do pełnego obrazu brakuje jeszcze badań kopalnego DNA z szeregu okresów i miejsc w Polsce i Europie. Nie znamy dokładnych wyników z kultur archeologicznych przypisywanych np. proto-Słowianom, choć możemy wywnioskować, jakie mogli mieć wyniki, na podstawie ostrożnej analizy rezultatów obecnych Słowian. Brakuje też wyników ludności żyjącej od nas bardziej na północ, chociażby Prusów i Jaćwingów, a także tej na południe od Karpat – Daków, Traków, Illyrów czy Greków. Nie tylko my Polacy zmagamy się z niedotestowaniem szczątków naszych przodków – tak naprawdę dotyczy to sporej, choć z roku na rok coraz mniejszej części Europy i świata. Kopalnego DNA jest coraz więcej. 

Nie da się wyciągnąć DNA z kości spopielonych, ale nie traćmy nadziei. Dziś neandertalski DNA da się przebadać nawet jeśli znajduje się w moczu zdeponowanym w jaskini 40 tys. lat temu! Dokonał tego prof. Mathias Meyer z Instytutu Antropologii Ewolucyjnej w Lipsku. Z kolei uczeni skandynawscy odkryli wystarczające do badań genetycznych ślady DNA na żywicy zwanej karczem brzozowym, przeżutej przez paleolitycznych łowców-zbieraczy. 

Archeolodzy też pewnie w końcu zmienią opcję i dostrzegą, że nie święci garnki lepią, tylko konkretni ludzie. O konkretnym DNA. I to on powie więcej o ich pochodzeniu, pokrewieństwie i dziedzictwie tych ludzi niż tylko wytwory ich rąk. Oznacza to, że na temat Słowian możemy się jeszcze wiele dowiedzieć. O ile zaczniemy wreszcie budować WŁASNĄ infrastrukturę, która na to pozwala. 

– Magdalena Kawalec-Segond ,
biolog molekularny i mikrobiolog, współautorka „Słownika bakterii” (Adamantan, Łódź 2008)

Autor: 
Magdalena Kawalec-Segond
Źródło: 

tvp.tygodnik.pl

Dział: 
video: 
Polub Plportal.pl:

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.
3 + 5 =
Rozwiąż proszę powyższe zadanie matematyczne i wprowadź wynik.

Reklama