Żywym ludziom obcinali dłonie i stopy. Potem je wędzili. Miliony ofiar króla Belgii

Reklama

sob., 05/18/2019 - 21:35 -- zzz

Przedstawiał się jako dobrotliwy filantrop, który chce ludność wprowadzać do świata Zachodu, oswajać ją z europejskimi cywilizacyjnymi standardami i osiągnięciami. W wielu miastach do dziś można spotkać poświęcone mu pomniki, parki i instytucje.

 

Po wielu trudach kapitanowi Charlesowi Marlowowi udało się wreszcie zrealizować powierzone mu zadanie. W afrykańskiej wiosce, do której dotarł, przebywał poszukiwany od dawna kapitan Kurtz. Marlow wnet pojął, że ma do czynienia z osadą rządzoną w sposób autorytarny, a podstawę jej funkcjonowania stanowi niewolnicza praca tubylców.

Kurtz pełnił tam funkcję lokalnego kacyka o niemal boskim statusie. Walutą, na której opierało się jego quasi-państwo, była kość słoniowa. Marlow zapamiętał Kurtza jako człowieka, który zupełnie nie liczył się z ludzkim życiem. Jak wspominał:

„Miałem tam trochę kości słoniowej, którą mi dał naczelnik tej wsi koło mego domku. (...) Kurtzowi zachciało się tej kości słoniowej i nie dał sobie przemówić do rozsądku. Oświadczył, że mnie zastrzeli, jeśli mu tych kłów nie dam i nie wyniosę się potem z kraju; że mnie zastrzeli, bo może to zrobić i ma na to ochotę, i nic go na świecie nie powstrzyma od zabicia, kogo mu się żywnie podoba”.

Mapa Wolnego Państwa Konga z roku 1892. Fot. Wikimedia

Wieśniacy kongijscy na wybrzezu Jeziora Leopolda II ok. roku 1900 (obecnie Jezioro Mai-Ndombe). Fot. Getty Images Bettmann

 

Europejscy myśliwi polującyw Kongu na słonie - z trofeami, kością słoniową. Fot. Photo12/UIG via Getty Images

Dyscyplinę wśród miejscowych zaprowadzano za pomocą chicotte – bata z wysuszonej skóry hipopotama. Fot. Wikimedia

1908. Było osobistą własnością króla Leopolda II

 

Demoniczny kapitan Kurtz był postacią fikcyjną, wykreowaną przez Józefa Korzeniowskiego (znanego za granicą jako Joseph Conrad) w opowiadaniu „Jądro ciemności”. Pisarz wzorował go jednak na autentycznych europejskich oficerach, dopuszczających się bestialskich zbrodni w Kongu. 

Korzeniowski miał wątpliwą przyjemność zobaczyć ponury obraz wyzyskiwanej kolonii w 1890 r., gdy płynął wzdłuż rzeki parowcem należącym do belgijskiej kompanii handlowej. Za całe to niepojęte okrucieństwo odpowiadał król Belgów Leopold II Koburg, który przez wiele lat utrzymywał opinię publiczną w fałszywym przekonaniu, że prowadzi w Afryce działalność dobroczynną. 

Kolonialne ambicje 

Leopold II miał 30 lat, gdy w 1865 r. został drugim w historii królem Belgii. Już jako młodzieniec marzył, aby jego państwo dołączyło do grona kolonialnych potęg. Studiował mapy, szukając odpowiedniego terytorium zamorskiego w różnych zakątkach świata – od Ameryki Łacińskiej po wyspy Oceanu Spokojnego.

Ostatecznie skierował swój wzrok w stronę Czarnego Lądu, którego znaczne obszary wciąż znajdowały się w tym czasie pod kontrolą tubylczych wodzów. Leopold II uważał, że Afryka stanowi bardzo łatwy łup. Wystarczyło jedynie – jak zwykł mawiać – „roztoczyć opiekę” nad tymi terenami. 

Kolonialne ambicje Leopolda nie wynikały bynajmniej z chęci podniesienia prestiżu Belgii na arenie międzynarodowej. Niejednokrotnie wypowiadał się o swoim państwie z pogardą, nazywając je „małym krajem małych ludzi”.

Serce Afryki stało się celem jego dążeń za sprawą Henry’ego Mortona Stanleya – walijskiego podróżnika i odkrywcy, który zdobył rozgłos odnajdując nad jeziorem Tanganika zaginionego szkockiego misjonarza Davida Livingstone’a (Stanley miał wtedy wypowiedzieć słynne słowa: „Doktor Livingsotne, jak sądzę?”). Uwagę Leopolda zwróciły przede wszystkim jego relacje o ogromnych bogactwach naturalnych, znajdujących się w dorzeczu Konga. 

Znany ze swej chciwości władca bez namysłu zlecił Stanleyowi ekspedycję mającą na celu opanowanie jak największych terenów równikowej Afryki. Podróżnik odwiedzał kolejne plemiona, nakłaniając wodzów do podpisywania niezrozumiałych dla nich umów. Niepiśmienni tubylcy nie mieli pojęcia, że właśnie zrzekają się swoich ziem na rzecz Leopolda.

 

„Jedynie kilku widziało wcześniej pismo, a byli proszeni o złożenie swoich «iksów» na dokumencie napisanym w obcym języku prawniczym. Zawarcie porozumienia o przyjaźni pomiędzy dwoma klanami czy dwiema wioskami było do pomyślenia, ale oddawanie czyjejś ziemi komuś po drugiej stronie oceanu już nie” – pisze Adam Hochschild, autor książki „Duch króla Leopolda”.

W zamian Stanley oferował wodzom jedną sztukę tkaniny miesięcznie, za którą mieli mu dodatkowo dostarczyć tanią siłę roboczą. „Był to jeszcze gorszy układ niż ten, jaki zawarli Indianie, sprzedając Manhattan” – podsumowuje celnie Hochschild.

Propaganda króla Belgów

Leopold przygotowywał się do przejęcia Konga jeszcze przed wysłaniem Stanleya w te rejony. We wrześniu 1876 r. zorganizował w Brukseli Międzynarodową Konferencję Geograficzną, na którą zaprosił wybitnych specjalistów, podróżników i działaczy społecznych. W mowie powitalnej przygotowanej dla 13 Belgów i 24 gości z zagranicy przedstawiał siebie jako dobrotliwego filantropa:

„Otworzyć dla cywilizacji jedyną część globu, do której jeszcze nie dotarła, przebić mroki otaczające całą tamtejszą ludność – oto, ośmielam się powiedzieć, krucjata godna wieku postępu. (…) Czy muszę mówić, że sprowadzając was do Brukseli, nie kierowałem się egotyzmem? Nie, panowie, Belgia może być małym krajem, ale jest rada i usatysfakcjonowana swoim losem; nie mam innych ambicji oprócz tej, by służyć jej dobrze”.

Argumenty Leopolda skłoniły jego gości do powołania Międzynarodowego Stowarzyszenia Afrykańskiego (przemianowanego potem przez króla na Międzynarodowe Stowarzyszenie Konga). Władca wmówił wszystkim zgromadzonym, że Stanley prowadzi ekspedycję badawczą, a założona na konferencji organizacja ma służyć walce z arabskimi handlarzami niewolników, nękających tamtejsze wioski. Świat uwierzył w wizerunek szlachetnego władcy.

Jak na ironię, udało mu się przekonać do siebie niemal wszystkich, z wyjątkiem rodzimych parlamentarzystów. Belgijscy politycy uważali, że państwa ich wielkości zwyczajnie nie stać na utrzymanie kosztownych terytoriów zamorskich. Monarcha ujrzał wówczas tylko jedną możliwość: afrykańska kolonia musiała stać się częścią jego prywatnego majątku.

Król Leopold II na konnej przejażdżce w podbrukselskim Laeken Park w lipcu 1905 roku. Fot. Getty Images/De Agostini/Nadaud from L'Illustration, No 3256, July 22, 1905.

 

Król Leopold II Koburg zasiadał na tronie belgijskim od roku 1865 go 1909

W 1885 r. nie było już nikogo, kto wątpiłby w dobre intencje Leopolda. Na konferencji w Berlinie przedstawił on prawie 500 traktatów zawartych pomiędzy Stanleyem i tubylcami, co przesądziło o przyznaniu mu kolonii w centrum Afryki. Monarcha obiecywał, że handel w Kongu będzie otwarty dla wszystkich. Były to jednak tylko puste słowa bez żadnego pokrycia. Taj naprawdę zyski z tego regionu miały czerpać wyłącznie spółki zależne od Leopolda.

Szybko wyszło też na jaw, czyimi rękami król zamierza pozyskiwać bogactwa afrykańskiej ziemi. Miejscowi zbierali dla niego kość słoniową oraz kauczuk, który – po tym jak w latach 90. XIX w. powstały pierwsze gumowe opony Johna Dunlopa – okazał się prawdziwą żyłą złota.

Piekło na ziemi

Kongo w krótkim czasie stało się wielkim obozem niewolniczej pracy. Efektywność zbiorów nadzorowały dowodzone przez europejskich oficerów formacje złożone z tubylców, tzw. Force Publique. W szczytowym okresie służyło w nich ok. 19 tys. żołnierzy, wykorzystywanych przez Belgów do wymierzania kar nieposłusznym pobratymcom.

Nałożone przez Leopolda dzienne normy zbioru kauczuku były jednak niemożliwe do wyrobienia, a jego zbieranie wiązało się z dużym ryzykiem. Aby spełnić wymogi belgijskiego króla każdy tubylec musiałby spędzać w konarach drzew prawie całą dobę, toteż co jakiś czas dochodziło do buntów. Wasale Leopolda tłumili je z całą surowością. 

Kartę przetargową stanowiły zwykle kobiety i dzieci porywane z okolicznych wiosek. Za ich wykupienie Belgowie domagali się kauczuku w ilościach jeszcze wyższych niż przed rebelią. Nieraz dochodziło do równania z ziemią całych osad, co miało być sygnałem dla pozostałych, że opór nie popłaca.

Jednym z najokrutniejszych sposobów zaprowadzania dyscypliny była chłosta wymierzana przy użyciu chicotte – bata z wysuszonej skóry hipopotama, wyciętego w długą spiralę z ostrym końcem. Zostawiała ona głębokie blizny na ciele, a ilość razów z góry przesądzała o losie, który przygotowano dla nieszczęśnika. Jeśli ktoś miał zostać wychłostany więcej niż 100 razy, oznaczało to, że belgijski oficer postanowił skazać go na śmierć.

Krwawym symbolem rządów Leopolda w Kongu stały się dłonie i stopy, które żołnierze Force Publique mieli za zadanie odcinać zabitym Kongijczykom. W ten sposób oficerowie upewniali się, że ich podwładni nie marnują otrzymywanej amunicji. Jak pisze Adam Hochschild: „Zwyczajowym dowodem była prawa dłoń odcięta od ciała trupa. Czasami zaś wcale nie trupa. «Zdarzało się« – pisał jeden z oficerów do jakiegoś misjonarza, że żołnierze – «wystrzeliwali nabój w czasie polowania na dzikiego zwierza, a następnie odcinali dłoń żywemu człowiekowi». W niektórych oddziałach był nawet «strażnik dłoni», którego zadaniem było ich wędzenie”.

Bezprawie panujące w Kongu obudziło w wielu europejskich dowódcach najgorsze instynkty. Niektórzy z nich zabijali nie tylko za dezercję i złe wyniki zbiorów, ale także dla zaspokojenia swoich sadystycznych potrzeb. Belgijski oficer René de Permentier lubował się w strzelaniu do przypadkowych ludzi z ganku swojego domu. Inni „zadowalali się” paleniem ludzi żywcem, dekorowaniem ogrodów głowami swoich ofiar czy polewaniem tubylców rozpaloną żywicą.

Tymczasem Kongijczycy uważani przez Belgów za mniej cywilizowanych, okazywali się nieraz bardziej ludzcy od nich. Gdy w grudniu 1893 r. miejscowy wódz Nzansu wszczął bunt zabijając kilku białych urzędników, nakazał oszczędzić szwedzkich misjonarzy, a nawet podarował im trochę zapasów i zwrócił część przedmiotów przejętych wcześniej przez jego ludzi. Jeden z misjonarzy nazwiskiem Börrisson pisał potem w liście:

„Człowiek zbiera to, co sieje. W istocie to państwo jest prawdziwym powodem tych powstań. To dziwne, że ludzie, którzy mają się za cywilizowanych, sądzą, że mogą traktować bliźniego – nawet jeśli jest innego koloru – jak im się tylko podoba. (…) 

Nasi najbardziej tu szanowani mężczyźni (…) powiedzieli nam niedawno ze łzami w oczach i niepokojem w sercu, że widzieli grupę siedmiuset kobiet zakutych razem i transportowanych [parowcami na wybrzeże]. Rzekli nam: «Dla nich nie ma różnicy między ucięciem głowy nam i kurczakowi (…)». Czy ktoś mógł być zatem prawdziwie zaskoczony, kiedy niezadowolenie ujawniło się z całą mocą?”.

Kampanie przeciwko Leopoldowi

Królowi Belgii przez długi czas udawało się ukrywać przed opinią publiczną zbrodnie dokonywane przez jego ludzi w Kongu. Jako pierwsze opowiedziało się przeciwko niemu małżeństwo brytyjskich misjonarzy, John i Alice Harrisowie. Podczas swojego pobytu w prywatnej kolonii Leopolda uczyli miejscowe dzieci języka angielskiego oraz wykonywali fotografie okaleczonych Afrykanów. Ich przerażające świadectwa cierpienia mieszkańców Konga były prezentowane na specjalnych pokazach slajdów w Europie i Stanach Zjednoczonych.

Po latach John Harris wydał wstrząsające wspomnienia. Pod datą 14 maja 1904 r. zamieścił następujący opis: „Śniadanie dobiegło końca, kiedy na schodach prowadzących na werandę naszego domu z gliny pojawił się afrykański ojciec i położył na ziemi dłoń i stopę swojej małej córeczki, która nie mogła mieć więcej niż pięć lat”.

"Położył na ziemi dłoń i stopę swojej małej córeczki...” Fot. Wikimedia/ Alice Seely Harris and John Harris

 

Osobisty dramat kongijskiego rodzica został uwieczniony przez Alice na zdjęciu, które już za życia Leopolda II stało się ponurą ikoną jego krwawych rządów w Afryce. W liście do Henry’ego Grattana Guinnessa, jednego z założycieli The Congo Reform Association (Stowarzyszenia na rzecz Reformy Konga), John pisał:

„Ta fotografia jest najbardziej wymowna ze wszystkich i jako przebitka wywoła wybuch wściekłości u widzów. Wyraz twarzy ojca (…) i milczący apel w postaci odciętych kończyn przemówią nawet do największych sceptyków”.

Do ujawnienia prawdy o zbrodniach prawdy o zbrodniach popełnianych w Kongu przyczyniły się również artykuły współzałożyciela The Congo Reform Association, brytyjskiego dziennikarza Edmunda D. Morela, który był jednocześnie pracownikiem spółki handlowej posiadającej monopol na eksport i import w kolonii Leopolda II.

Protesty i kampanie przyniosły z czasem oczekiwane efekty. Jeszcze w 1904 r. Morel wydał głośną książkę „Panowanie króla Leopolda w Afryce”, która pogrzebała ostatecznie dobrą reputację władcy Belgów. Coraz gorsza prasa sprawiła, że rok przed swoją śmiercią monarcha przekazał afrykańską kolonię państwu belgijskiemu.

Nierozliczony zbrodniarz

Nie sposób stwierdzić, ilu ludzi zginęło w czasie 23 lat panowania Leopolda w Kongu. Najniższe szacunki wspominają o milionie ofiar, najwyższe – o liczbie 15 razy większej. Dane te przerażają jeszcze bardziej, gdy weźmie się pod uwagę populację regionu przed kolonizacją, wynoszącą w przybliżeniu 20 mln tubylców.

 

Na okupionej cierpieniem eksploatacji Konga król Leopold zarobił minimum 220 mln franków – sumę, która dziś równałaby się miliardowi dolarów. Pomimo licznych zbrodni, których monarcha dopuścił się w swoim prywatnym państwie, nie został on należycie osądzony przez historię. 

W wielu belgijskich miastach do dziś można spotkać poświęcone mu pomniki, parki i instytucje. Ponadto osobom szczególnie zasłużonym dla narodu belgijskiego wciąż przyznaje się medal króla Leopolda II – odznaczenie państwowe ustanowione przez władcę w 1900 r.

Należy jednak podkreślić, że w ostatnich latach nasiliły się w Belgii głosy krytyczne wobec gloryfikowania krwawego króla. Największe spory skupiają się zwłaszcza wokół pomnika stojącego od ponad 90 lat przed Pałacem Królewskim w Brukseli. Jest to o tyle zrozumiałe, że uwiecznioną w brązie postać Leopolda II mijają codziennie urzędnicy pracujący w najważniejszych instytucjach Unii Europejskiej.

W 2008 r. filozof, pisarz i aktywista Théophile de Giraud pokrył wspomniany monument czerwoną farbą, mając na sobie koszulkę z napisem: „Leopold II – seryjny morderca”. Artysta tłumaczył, że czerwony kolor symbolizuje krew przelaną przez władcę podczas kolonizacji Konga. I apelował, aby zastąpić wszystkie pomniki monarchy posągami belgijskiego filmowca Jana Bucquoya. De Giraud został natychmiast aresztowany za dewastację publicznego mienia.

Dwa lata później, 27 czerwca 2010 r., grupa młodych Belgów zawiesiła na tym samym pomniku „naszyjnik” wykonany z dzianinowych dłoni, które w oczywisty sposób przywodziły na myśl surowe kary wykonywane przez Force Publique. Identyczny przekaz przyświecał nieznanym sprawcom, którzy w 2004 r. obcięli rękę jednej z postaci na monumencie w Ostendzie, przedstawiającym Leopolda w otoczeniu wdzięcznych mu Kongijczyków. 

Rzeźba ta stanowiła najbardziej obłudny przykład kultu monarchy, ukazując go jako obrońcę Afrykanów ciemiężonych przez arabskich handlarzy niewolników. Miejscy urzędnicy debatowali potem, czy przyspawać odciętą dłoń. Stanęło na tym, że posąg jest jej pozbawiony do dnia dzisiejszego.

Ale Władze Ostendy – podobnie jak pozostałe miasta – nie chcą nawet słyszeć o trwałym usunięciu rzeźby Leopolda. Dla belgijskich urzędników pozostanie on na zawsze „królem budowniczym”, który zostawił po sobie okazałe obiekty architektoniczne, będące obecnie najważniejszymi zabytkami w kraju. O tym, że wzniósł je na tragedii swoich afrykańskich poddanych, pamiętać chce już jednak niewielu z nich.

 

Autor: 
ADAM GAAFAR
Źródło: 

TVPTYGODNIK

Dział: 
video: 
Zagłosowałeś na opcję 'w górę'.
Polub Plportal.pl:

Reklama