Jack Parsons: Ostatni czarnoksiężnik

Reklama

wt., 08/20/2019 - 09:44 -- izabela.szkatula

Siedemnastego czerwca 1952 roku domem położonym w eleganckiej części Pasadeny w stanie Kalifornia wstrząsnęła potężna eksplozja. Spod gruzów budynku ratownicy wyciągnęli ciało pioniera amerykańskiego programu kosmicznego Jacka Parsonsa - a wraz z nim... jego księgi okultystyczne.

Początki ery nowożytnej znały setki przypadków ludzi nauki, którzy parali się magią. W czasach, gdy rozumienie mechanizmów fizyki i chemii było ograniczone, a metodo logia jeszcze się nie ukształtowała, granicy pomiędzy tym, co naturalne i nadprzyrodzone, nie dało się łatwo wytyczyć. Trudno byłoby więc czynić wyrzuty Isaacowi Newtonowi czy Michałowi Sędziwojowi za to, że z pasją oddawali się alchemii. Ale uczony, który praktykował magię w połowie XX wieku? To zjawisko co najmniej nietypowe.
Być może odpowiedzi na pytanie, dlaczego pionier budowy silników rakietowych postanowił zostać okultystą, należy szukać w jego dzieciństwie. John Whiteside Parsons (używający później imienia Jack) od wczesnych lat uwielbiał bujać w obłokach. Był raczej słabym uczniem, sprawiał też spore problemy wychowawcze. Zawsze był jednak molem książkowym, pochłaniającym dziesiątki tomów literatury fantastycznej.
To dzięki niej pokochał świat magii i podróży kosmicznych. Kiedy był nastolatkiem, obie te dziedziny wydawały się równie nieprawdopodobne.
Do gwiazd!
Życie Parsonsa potoczyłoby się zapewne inaczej, gdyby nie był tak podatny na wpływ charyzmatycznych osobowości. Jako redaktor studenckiej gazety miał okazję odbyć rozmowę z Robertem H. Goddardem - twórcą pierwszej rakiety na ciekłe paliwo. Po tym spotkaniu nabrał przekonania, że podbój kosmosu jest nieunikniony. Postanowił więc dorzucić do niego kamyczek.
Wraz z doktoryzującym się matematykiem Frankiem Maliną oraz kolegą z dzieciństwa (a wtedy początkującym inżynierem) Edwardem Formanem, zaczął eksperymentować z prostymi napędami rakietowymi. Ochrzczona przez innych studentów mianem "ekipy samobójców" grupa przyjaciół niespodziewane uzyskała wsparcie Theodore’a von Kármána, dyrektora laboratorium aeronautycznego przy Kalifornijskim Instytucie Technologicznym. Dwudziestotrzyletni chemik zdobył tym samym fundusze oraz zaplecze logistyczne dla swojego wybuchowego hobby. Tak narodził się zespół badawczy, który z czasem miał przyjąć nazwę Laboratorium Napędu Odrzutowego (ang. Jet Propulsion Laboratory, JPL) i stać się pierwszym ośrodkiem naukowym NASA. Dziś zatrudnia on 5000 osób, a jego roczny budżet wynosi - bagatela - 1,6 miliarda dolarów.
Nauka i magia
Ale losy Parsonsa odmieniła nie tylko pomoc ze strony renomowanego fizyka. Równie wielki wpływ na bieg jego życia miał brytyjski okultysta Aleister Crowley. W 1939 roku Parsons wziął udział w jednej z ceremonii religijnych tajnego stowarzyszenia Ordo Templi Orientis (Zakonu Świątyni Wschodu) i zapoznał się z podstawami magicznej doktryny nazywanej Thelemą. Filozofia Crowleya wydała się zbuntowanemu i skłonnemu do eksperymentowania chemikowi niezwykle pociągająca. Kiedy dwa lata później osobiście poznał najwyższego kapłana, całkowicie uległ czarowi mistyka.
Pod jego wpływem Parsons wraz z żoną Helen przystąpili do lokalnej loży Ordo Templi Orientis i zaczęli praktykować jej rytuały. Promowana przez okultystów wolna miłość, a także wykorzystywanie seksu w celu rzucania zaklęć szybko nadwyrężyły relacje pomiędzy małżonkami. Ich związek rozpadł się, gdy Jack, zachęcony przez innych członków zgromadzenia, rozpoczął romans z przyrodnią siostrą swojej żony - Sarą. Z kolei Helen znalazła ukojenie w ramionach stojącego na czele loży Wilfreda Smitha. Cała czwórka nadal mieszkała razem i wciąż dzieliła zainteresowanie Thelemą, lecz małżeństwo zakończyło się rozwodem.
Pomimo perturbacji w życiu osobistym kariera Parsonsa rozwijała się doskonale. Laboratorium Napędu Odrzutowego zajmowało się coraz większymi projektami, a założona przez naukowca firma Aero jet otrzymała intratny kontrakt wojskowy. Co miesiąc U.S. Navy zamawiała w przedsiębiorstwie 20 000 małych silników rakietowych wspomagających ciąg samolotów w trakcie startu z krótkich pasów. Niemal z dnia na dzień 29-letni chemik został głównym wytwórcą amerykańskich rakiet, koordynatorem badań nad paliwem rakietowym i... wyjątkowo zamożnym człowiekiem.

Przywołać boginię
Sielanka trwała do końca 1944 roku, kiedy to wieść zarówno o okultystycznych zainteresowaniach inżyniera, jak i jego uczestnictwie w seksualnych orgiach rozeszła się w środowisku akademickim W połączeniu z powtarzanymi od dawna zarzutami dotyczącymi przesadnej brawury i lekceważenia procedur bezpieczeństwa argumenty te posłużyły odsunięciu Parsonsa od pracy. Nie odszedł z niczym - sprzedawszy swoje udziały w Aerojet, kupił okazałą posiadłość i bez reszty poświęcił się okultyzmowi.
W dziele tym miał nowego pomocnika. W 1945 roku Thelemą zainteresował się pisarz science fiction i późniejszy założyciel Kościoła scjentologicznego - L. Ron Hubbard. Po raz kolejny charyzmatyczna osobowość całkowicie omamiła Parsonsa. Chemik bez chwili wahania uwierzył, że samozwańczy psychoterapeuta posiada nadnaturalne zdolności. Panowie zaczęli spędzać ze sobą coraz więcej czasu. Relacji nie zaburzył nawet fakt, iż Hubbard uwiódł nową partnerkę adepta - Sarę.
Inżynier miał już wtedy inne priorytety. W trakcie jednego z długotrwałych rytuałów magicznych obydwaj mężczyźni postanowili przywołać boginię Babalon, zwaną też "szkarłatną kobietą". Kiedy tuż po zakończeniu obrzędu w domu pojawiła się rudowłosa artystka Marjorie Cameron (późniejsza żona Jacka), oszołomiony sukcesem Parsons zatracił resztki sceptycyzmu wobec Hubbarda.
I z tego właśnie powodu wkrótce stracił oszczędności życia. Pisarz namówił swojego przyjaciela do zainwestowania w nową firmę - AlliedEnterprises - która miała sprzedawać w Panamie jachty zakupione na Florydzie. Otrzymawszy pieniądze, Hubbard ulotnił się... wraz z byłą ukochaną Parsonsa, Sarą. Zwodzony w rozmowach telefonicznych chemik nie dopuszczał do siebie myśli, iż został oszukany, dopóki nie uświadomił mu tego dawny mentor, Aleister Crowley, nazywając Jacka "naiwniakiem" i "głupcem".
Śmierć maga
Po raz pierwszy od czasów studenckich Parsons był bez grosza przy duszy. Swój majątek roztrwonił, sponsorując działalność organizacji Crowleya (która po jego śmierci w 1947 roku zaczęła się rozpadać) oraz "inwestując" w przyjaźń z Hubbardem. Coraz bardziej pogrążał się w świecie magicznych rytuałów i mistycznych rozważań.
Przez krótki czas znajdował się też na celowniku FBI, posądzony o kontakty z sowiecką agenturą. Z kłopotów wybrnął, prezentując swoje skrajnie indywidualistyczne i niechętne komunizmowi poglądy, ale nie udało mu się uzyskać zgody na powrót do pracy przy silnikach rakietowych. Na panewce spaliły także jego próby wyemigrowania do Izraela. Pozbawiony możliwości zatrudnienia, dorabiał na boku, produkując materiały pirotechniczne dla Hollywood, a nawet nitroglicerynę - sprzedawaną potem na czarnym rynku.
Siedemnastego czerwca 1952 roku w trakcie przygotowywania materiałów wybuchowych, które miały trafić na plan filmowy, Parsons zginął. Tragiczne i tajemnicze okoliczności jego śmierci sprzyjały snuciu sensacyjnych hipotez. Jedni uważali, iż popełnił samobójstwo. Inni doszukiwali się w wypadku ręki tajnych służb - amerykańskich, sowieckich lub izraelskich. Niektórzy winę przypisywali miliarderowi Howardowi Hughesowi (na kanwie jego biografii Martin Scorsese nakręcił film Aviator) - miał on rzekomo podejrzewać Parsonsa o kradzież patentu. Zwolennicy spiskowych teorii doszukiwali się w eksplozji ponadnaturalnych źródeł i wierzyli, że była ona częścią magicznego rytuału. Ale prawda jest chyba prozaiczna.
Jack Parsons był człowiekiem szalonym, zapalającym się do każdego pomysłu, pozbawionym krytycyzmu oraz nietroszczącym się o bezpieczeństwo. Cechy te doprowadziły do jego upadku, lecz przedtem uczyniły go pionierem i wizjonerem, dzięki któremu ludzkość rozpoczęła podbój kosmosu. I chociaż żadne z jego zaklęć nie odniosło skutku, to on sam osiągnął więcej niż jakikolwiek czarnoksiężnik.

Autor: 
Dawid Biel
Źródło: 

Interia

Dział: 
Polub Plportal.pl:

Reklama