Czarna Śmierć z Krymu

Reklama

ndz., 04/26/2020 - 09:11 -- zzz

W Roku Pańskim 1346 podczas oblężenia Kaffy wojska muzułmańskie użyły przeciw chrześcijanom broni biologicznej. Wkrótce ulice tego krymskiego miasta pokryły się trupami. Było to preludium Czarnej Śmierci - straszliwej katastrofy, jaka nieubłaganie zmierzała do granic Europy, niosąc zagładę wielkiej części populacji.

Dar niebios

Blisko sześć wieków przed narodzeniem Chrystusa na południowo-wschodnich wybrzeżach Półwyspu Krymskiego wyrosła niewielka zrazu osada.

 

Jej budowniczowie, greccy żeglarze z Miletu, musieli odczuwać głód duchowości znany wielu wędrowcom przemierzającym bezkresne przestrzenie, bo nazwali swą sadybę Darem bogów – Teodozją.

 

Z czasem sioło rozrosło się potężnie, stając się najważniejszym miastem portowym na północnych wybrzeżach Morza Czarnego. Ze względu na swe znaczenie i bogactwo stanowiło łakomy kąsek. Miasto co jakiś czas zmieniało właścicieli. Podbiło je starożytne królestwo bosporańskie, następnie zawładnęła nim republika rzymska, potem plemiona sarmackie, wreszcie cesarstwo bizantyjskie. W XIII stuleciu Krym zawojowali Mongołowie, którzy zezwolili na założenie w Teodozji genueńskiej placówki handlowej. Obrotni przybysze z Półwyspu Apenińskiego zmonopolizowali handel morski w regionie.

 

Teodozja, z czasem przemianowana na Kaffę, wraz z innymi miastami Krymu kontrolowanymi przez Genueńczyków utworzyła Gazarię – zamorską prowincję Genui. Jej mieszkańcom udało się wyzwolić z zależności od chanów. Mongołowie zrazu tolerowali ten stan rzeczy, jako że dzięki Gazarii zyskali dostęp do europejskich rynków, a owocna współpraca handlowa stymulowała rozwój gospodarczy na rozległych obszarach chanatów.

 

Cień Półksiężyca

Potężne, wyrosłe w stepach imperium mongolskie przez długi czas było śmiertelnym zagrożeniem dla państw muzułmańskich w Azji.

 

Dlatego też w epoce krucjat wielu mieszkańców Zachodu upatrywało w potomkach Temudżyna (Czyngis-chana) potencjalnych sojuszników chrześcijaństwa. Rozwiał te złudzenia mongolski podbój Rusi (1222 – 1240), a następnie niszczące najazdy hord Batu-chana na Polskę i Węgry (1241).

 

Batu-chan, wnuk Temudżyna, formalnie podporządkowany był wielkim chanom mongolskim. Jednak w praktyce stworzył osobny chanat, określany w późniejszych wiekach mianem Złotej Ordy, obejmujący ogromny obszar Europy i Azji. Batu-chan był szamanistą, podobnie jak niemal wszyscy ówcześni rdzenni Mongołowie. Wszakże jego następca, Berke-chan, przyjął islam i aktywnie wspierał rozprzestrzenianie się religii Mahometa. W roku 1313 chan Ozbeg ogłosił mahometanizm religią państwową. Na obszarze Złotej Ordy Mongołowie ulegli powszechnej turkizacji. Przyjęcie islamu pozwoliło scalić Mongołów, Bułgarów Nadwołżańskich, Połowców, Guzów, Burtasów, Alanów, Wotiaków i inne nacje chanatu z narodem ich nowych władców – Tatarów.

 

Po śmierci Ozbega chanem został jego syn Tyny Beg. Rządził zaledwie rok. Został zamordowany w wyniku spisku, za którym stał jego rodzony brat, Dżanibeg, zaraz obwołany nowym chanem. Dżanibeg postanowił przywrócić zwierzchnictwo chanatu nad Kaffą.

 

Na ostrzu noża

Władca Złotej Ordy wykorzystał zajście, do jakiego doszło w mieście Tana. W roku 1343 pewien muzułmański kupiec oskarżył tam swego chrześcijańskiego kontrahenta o oszustwo.

 

Oburzony Genueńczyk uniósł się honorem. Ich gwałtowny spór przyciągnął uwagę widzów i kibiców. Kłótnia przerodziła się w uliczną bijatykę, jeden z muzułmanów zginął od ciosu zadanego nożem. Tragiczny, choć dość banalny w ówczesnej rzeczywistości incydent, pozbawiony jakiegokolwiek podtekstu religijnego czy etnicznego, tym razem miał dramatyczne konsekwencje.

 

Pobratymcy nieboszczyka z Tany zwrócili się do chana Dżanibega z prośbą o pomoc w rozprawieniu się z miejscowymi chrześcijanami. Ci zaś, nie wierząc w bezstronność islamskiego władcy, uszli gromadnie do Kaffy. Chan zyskał wymarzony pretekst do podboju miasta zdominowanego przez „niewiernych”.

 

Władze Kaffy, przeczuwając co się święci, zamknęły bramy miasta i rozesłały wici. Gród był silnie ufortyfikowany, chroniony przez dwa pierścienie murów, w obrębie których znajdowało się łącznie 17.000 domów. Oprócz Genueńczyków licznie zamieszkiwali tu obywatele Wenecji, Grecy, Ormianie, nie brakło Żydów, Mongołów i Turków.

 

Przybyła pod Kaffę pierwsza fala wojsk tatarskich poniosła srogą porażkę. Dżanibeg oblegał gród przez następne cztery lata. Odpierany spod murów, wycofywał się, reorganizował swą armię, zbierał posiłki i wracał z coraz potężniejszą siłą.

 

Strzały śmierci

Szczególnie brzemienne w skutki wydarzenia zaszły w roku 1346, kiedy w szeregach armii oblężniczej jęła szerzyć się epidemia. Nie było przed nią obrony.

 

Zarażeni padali „jak od uderzenia pioruna”, z ciałami pokrytymi guzami i ciemnymi plamami świadczącymi o obumieraniu tkanek, majaczyli w gorączce, wymiotowali krwią. Muzułmanie umierali tysiącami, ich wojsko straciło zdolność bojową. Chan Dżanibeg porzucił nadzieję zwycięstwa, jednak wciąż opętany był żądzą zemsty. Sięgnął po straszliwą broń, znaną już w starożytności, którą wszakże niewielu przed nim i po nim miało odwagę użyć.

 

Wódz bisurmanów nakazał zbieranie zwłok ofiar zarazy, by wykorzystać je w charakterze… amunicji. Obsługa trebuszów – wielkich machin miotających, zdolnych do wystrzeliwania ciężkich pocisków na znaczną odległość - ekspediowała ten makabryczny ładunek ponad murami miasta, z zamiarem wywołania epidemii wśród giaurów.

 

„Wydawało się, że góry zmarłych zostały wrzucone do miasta, a chrześcijanie nie mogli się przed nimi ukryć ani uciec, chociaż zrzucili jak najwięcej ciał do morza. I wkrótce gnijące zwłoki skaziły powietrze i zatruły zapasy wody, a smród był przytłaczający […]. Nikt nie znał ani nie mógł znaleźć środka obrony” – relacjonował kronikarz.

 

Spadające „z nieba” trupy zalegały na ulicach Kaffy, przyciągając stada wygłodniałych szczurów. Najpewniej pierwsi zarazili się mieszczanie, którzy ofiarnie usuwali zwłoki z grodu. Nieszczęśników próbowano ratować radykalnymi metodami, odcinając im ręce. Tymczasem epidemia rozprzestrzeniała się jak pożar. Zmarłych wciąż przybywało.

 

Mało kto myślał o dalszej walce. Tłumy uchodźców rzuciły się do portu, by na zatłoczonych pokładach okrętów uchodzić z przeklętego miasta. Popłynęli na południe, do Konstantynopola, a stamtąd do Genui, Wenecji, sycylijskiej Messyny i innych śródziemnomorskich portów.

 

A śmierć szła wraz z nimi, nie odstępowała ich ani na krok. Kiełkowała w ciałach zarażonych ludzi, także w sierści zapchlonych szczurów, które kłębiły się pod pokładami. Śmierć wykorzystywała każdy postój okrętów w porcie, by dopaść nowe ofiary. Każdy kontakt wygnańców z nową zbiorowością ludzką skutkował rozprzestrzenianiem się panowania śmierci. Niewidzialny acz realnie istniejący zdobywca zmierzał na podbój świata.

Świadek historii pisał:

 

„My, Genueńczycy i Wenecjanie, ponosimy odpowiedzialność za ujawnienie sądów Bożych. Niestety, gdy nasze statki doprowadziły nas do portu, udaliśmy się do naszych domów. […] Krewni i sąsiedzi przybywali do nas ze wszystkich stron. A my, ku naszej udręce, nieśliśmy im strzały śmierci”.

 

Nadchodzące dni i miesiące miały przynieść kataklizm o rozmiarach nieznanych od czasów biblijnego potopu.

Krnąbrny sojusznik

W czasach nam współczesnych niektórzy próbowali podważyć relacje świadków epoki o zastosowaniu przez Tatarów broni biologicznej w Kaffie.

 

Odwoływano się tu do argumentów racjonalnych (rzekome nieprawdopodobieństwo użycia w średniowieczu środków masowej zagłady), jak i ideologicznych („politycznie poprawna” demaskacja niecnej ksenofobiirasizmu i innych uprzedzeń jakoby występujących w dziełach chrześcijańskich dziejopisów, zdających relację z postępowania ówczesnych muzułmańskich imigrantów).

 

Wszelako opinie ekspertów od broni biologicznej (to jest wykorzystującej bakterie, wirusy, toksyny, grzyby chorobotwórcze), analizujących dawną sztukę wojenną, w pełni potwierdzają wiarygodność niegdysiejszych przekazów. Już bowiem w starożytności używano ludzkich zwłok bądź zwierzęcej padliny w charakterze amunicji bakteriologicznej. I tak w V wieku przed Chrystusem scytyjscy szamani zatruwali groty strzał miksturą (zwaną przez Greków skytikonem), sporządzaną z krwi rozkładających się nieboszczyków, jadu żmij, wężowej padliny oraz ekskrementów. Osoby rażone takimi strzałami mogły mówić o szczęściu, jeśli zginęły od razu, w przeciwnym razie umierały w męczarniach. Nic dziwnego, że scytyjscy łucznicy wzbudzali powszechny strach.

 

Od najdawniejszych czasów uczestnikom bojów zdarzało się również zatruwać studnie i zbiorniki z wodą na obszarze kontrolowanym przez przeciwnika, między innymi poprzez umieszczanie w nich ciał osób zamordowanych lub zmarłych, w tym ofiar chorób zakaźnych. Bywały pomysły jeszcze bardziej oryginalne (i równie makabryczne), jak zatruwanie wina krwią trędowatych.

 

Podrzucanie do oblężonych twierdz zwłok ofiar epidemii, w tym także przy wykorzystaniu machin miotających, nie było autorskim pomysłem Dżanibega. Z taką taktyką spotkali się wcześniej choćby krzyżowcy w Lewancie. Jeżeli po ów sposób eksterminacji przeciwnika sięgano stosunkowo rzadko, to wynikało to jedynie z pragmatyzmu – patogeny były niezdyscyplinowanym i zdradliwym sojusznikiem, którego przy ówczesnym stanie wiedzy nie sposób było kontrolować.

 

Wielkie umieranie

W latach 1347-1352 potworna epidemia wyniszczyła trzecią część ludności Europy. Z pewnością byłoby przesadą twierdzić, że za cały ten kataklizm odpowiadają muzułmanie oblegający Kaffę.

 

Uchodźcy z nieszczęsnego miasta tworzyli tylko jeden z kilku strumieni apokaliptycznego „potopu” zarazy, jaki wdzierał się w głąb Starego Kontynentu. Tym niemniej to właśnie na Krymie, podczas starcia z mahometańską armią, Europejczycy po raz pierwszy spotkali się z Czarną Śmiercią.

 

To prawda, że epidemie dżumy, cholery, ospy, tyfusu przychodziły już wcześniej, zbierając obfite żniwo. Nigdy jednak problem nie wystąpił w takiej skali; nigdy choroby nie zabiły tak wielu ludzi w tak krótkim czasie. W niektórych krajach śródziemnomorskich wymarło być może nawet do 80 proc. ludności. Dlatego właśnie XIV-wieczna pandemia została zapamiętana jako Wielka Zaraza, Wielki Pomór, Wielka Śmiertelność, wreszcie – Czarna Śmierć.

 

Dziś wiemy, że pierwotnym ogniskiem choroby była Azja, zapewne południowo-zachodnie Chiny bądź obecny Kirgistan. Prawdopodobnie już w latach 30. XIV wieku zaraza rozprzestrzeniała się wzdłuż lądowych, rzecznych i morskich szlaków komunikacyjnych. Jej postępy ułatwione były tam, gdzie ludność cierpiała niedożywienie spowodowane nieurodzajem, klęskami żywiołowymi bądź wojnami. Po kilkunastu latach Czarna Śmierć, pozostawiając za sobą stosy trupów, dotarła wzdłuż Jedwabnego Szlaku na mongolsko-tatarski Krym.

 

Na ogół przyjmuje się, że głównym sprawcą nieszczęścia była pałeczka dżumy (bakteria Yersinia pestis), roznoszona przez pchły pasożytujące na szczurach i… ludziach oraz przez wszy ludzkie. Część uczonych wskazuje na zróżnicowany objawy i okoliczności zachorowań, skłaniając się ku twierdzeniu, że pod maską Czarnej Śmierci, poza różnymi odmianami dżumy, mogły występować także inne choroby, wynikłe zarówno z infekcji bakteryjnych, jak i wirusowych.

 

Pandemia zabiła wedle różnych szacunków od 75 do 200 milionów mieszkańców Europy, Azji i Afryki Północnej. Kiedy ustała, cała populacja globu liczyła niewiele ponad 350 milionów głów.

 

Puszka Pandory

Jak się zdaje, współczesny świat pełen jest osobników, którym imponuje niegdysiejsza skuteczność chana Dżanibega, a których nie przerażają późniejsze straty uboczne spowodowane jego taktyką.

 

Po zakończeniu II wojny światowej opinię publiczną zaszokowały ujawnione informacje o makabrycznych eksperymentach japońskiej Jednostki 731 w Chinach oraz niemieckich „lekarzy” w obozach koncentracyjnych. Budziły też grozę próby ataków z użyciem broni biologicznej podejmowane przez rozmaitych sekciarzy, terrorystów i pospolitych przestępców w USA i Japonii.

 

Do opinii publicznej przeciekały obłąkańcze zachwyty nad preferencyjnymi kosztami tego sposobu zabijania. Wyliczano na przykład, że każdy dolar zainwestowany w broń B spowoduje tyle strat wśród ludności, co dwa tysiące dolarów wydanych na amunicję konwencjonalną. Alarmujące doniesienia o arsenałach dyktatorów z krajów Trzeciego Świata nie zdołały przykryć mało chwalebnych, choć o wiele dyskretniejszych działań wielkich mocarstw.

 

Dopiero po rozpadzie Związku Sowieckiego Moskwa oficjalnie potwierdziła raporty zachodnich służb wywiadowczych z 1979 roku, o katastrofie w zakładach produkujących broń biologiczną w Swierdłowsku, gdzie przypadkowo uwolnione z laboratoriów zarazki wąglika zabiły co najmniej 66 osób. Z kolei Amerykanie po wielu latach ujawnili skutki eksperymentów z pozorowanymi atakami na własne miasta (m.in. Nowy Jork i San Francisco), kiedy to setki tysięcy ludzi nieświadomie wchłaniało rzekomo nieszkodliwe bakterie, celowo rozpylone przez wojsko (niedługo po tych próbach odnotowano ogromny wzrost zachorowań na bakteryjne zapalenie płuc i przynajmniej jeden udokumentowany zgon). Ile takich tajemnic skrywają jeszcze przepastne archiwa, zamknięte dla oczu zwykłych śmiertelników?

***

 

Przed dwudziestu laty w Katedrze Polowej Wojska Polskiego w Warszawie uroczyście odsłonięto pamiątkową tablicę ku czci generała Kazimierza Sosnkowskiego, jednego z głównych architektów Protokołu Genewskiego z 1925 roku o zakazie stosowania broni biologicznej i chemicznej. Owo u nas nieco zapomniane porozumienie było powszechnie uznawane w świecie za wielki sukces polskiej dyplomacji. Układ obowiązuje do dziś, a jego stronami jest obecnie 140 państw. Wagę testamentu mają słowa generała Sosnkowskiego, aby „w imię cywilizacji nie dopuścić do wykorzystania bakteriologii do celów barbarzyńskich”.

 

Autor: 
Andrzej Solak
Źródło: 

pch24

Polub Plportal.pl:

Reklama