Matka przez ponad rok pisała listy do zaginionego syna. Wojna nie dla wszystkich skończyła się w ’45.

Reklama

pon., 08/17/2020 - 12:38 -- AleksandraJ

„Tutaj wszyscy zdrowi. Mam nadzieję, że ty też i że niedługo się do nas odezwiesz.” Do końca 1944 roku wciąż nie było żadnego kontaktu z Lesliem. Fotografia: MM_photo/Alamy

Pisanie do syna było dla niej wyrazem tęsknoty i nadziei, jednak długie lata milczenia mocno odbiły się na mojej praprababci.

75 lat temu 15 sierpnia 1945 roku Japonia poddała się, kończąc tym samym II Wojnę Światową. Moja ciocia Faye, która miała wtedy 23 lata i mieszkała w Melbourne opisała ten dzień w swoim pamiętniku w następujący sposób:

„Wkrótce po rozpoczęciu pracy ogłoszono koniec wojny, więc mieliśmy wolny dzień dzisiaj i jutro. Na ten moment czekaliśmy prawie sześć lat i dziękujemy Bogu i naszym wspaniałym zjednoczonym siłom sojuszniczym za pomyślne zakończenie wojny i nadzieję na trwały i szczęśliwy pokój.

„Kiedy skończyliśmy pracę poszłam z kilkoma koleżankami do miasta, które było pełne ludzi i wydawało się takie radosne... Wieczorem wybrałyśmy się na przyjęcie z okazji zwycięstwa do ‘Adele’ i przyznam szczerze, że nigdy tak świetnie się nie bawiłam... Spędziłyśmy cudowną noc, pełną śpiewu, tańca i gier.”

Następnego ranka Faye i jej matka, a moja praprababcia, Rose Pearlman, uczestniczyły w „pięknej” służbie dziękczynnej w synagodze. Po południu Faye, jej najlepsza przyjaciółka Kath oraz jej matka udały się do centrum Melbourne, aby zobaczyć uroczyste śpiewy i tańce. Jednak Rose nie poszła tam z nimi. Dla niej wojna się jeszcze nie skończyła.

Rose Pearlman przed swoim domem w St Kilda, w Melbourne. Fotografia: Erica Cervini

Pracując nad doktoratem badałam historię mojej rodziny i dowiedziałam się, że moja praprababcia nie była jedyną osobą dla której wojna nie zakończyła się 15 sierpnia. Ona i wiele innych osób wciąż czekały na jakieś wiadomości o swoich dzieciach, po których zaginął ślad w czasie zamorskiej służby wojskowej. Cztery z ośmiu dzieci Rose zaciągnęły się do służby za granicą włącznie z Celią, która pracowała jako sanitariuszka w Palestynie. Z trzech jej synów dwóch wróciło do domu. Tym, który nie powrócił był Leslie Pearlman, który służył w Rabaul w Nowej Gwinei. Był on zaginiony od lutego 1942 roku.

Ostatni list od Lesliego był wysłany do jego siostry Celii 3 grudnia 1941 roku. Było to pięć dni przed zbombardowaniem Pearl Harbor 8 grudnia. Leslie pisał do swojej siostry, że ostatnio czuł się strasznie z powodu wrzodów, jednak szybko ją zapewnił, że wszystko z nim dobrze.

„Chciałem ci tylko powiedzieć, że czuję się już całkiem dobrze i mam nadzieję, że ty też. Cóż, moja droga Celie, to tyle z moich aktualnych nowin, więc będę już kończył. Kocham cię. Przekaż pozdrowienia moim przyjaciołom i reszcie znajomych. Dbaj o siebie.”

Rose cały czas wierzyła, że jej syn powróci. Podejrzewała też, że mógł zostać jeńcem wojennym. W celu jego odnalezienia szukała pomocy kontaktując się z Biurem Czerwonego Krzyża ds. Rannych, Zaginionych i Jeńców Wojennych (The Red Cross Bureau for Wounded, Missing and Prisoners of War). Przebłysk nadziei pojawił się dla Rose, kiedy napisała do niej dyrektorka biura twierdząc, że 26 września 1942 roku świadek widział żołnierza pasującego do opisu Lesliego.

„Pański syn z grupą sześciu lub siedmiu innych osób przeprawił się przez rzekę kajakiem, podczas gdy nasz informator wyruszył w innym kierunku… Być może został wtedy wzięty do niewoli lub wkrótce potem. Szczerze Pani współczujemy w tym czasie wielkiego niepokoju i wierzymy, że wkrótce znajdzie Pani ulgę w tym bólu, dowiadując się, że Pański syn jest bezpieczny, nawet jako jeniec wojenny.”

Wojsko również dawało jej nadzieję, zachęcając, aby wciąż pisała do syna. Przetrwało osiem listów Rose, pochodzących z okresu od grudnia 1943 do czerwca 1944. Listy są dość zwięzłe i zaczynają się od zwrotów „Drogi Les” lub „Kochany Les”, a kończą słowami „Bardzo cię kocham” albo „Wyrazy miłości od Rose i całej rodziny”.

Kiedy tak przeglądam te listy widzę mijający czas. Dla Rose było bardzo ważne, żeby dać Lesliemu jakieś poczucie czasu ze względu na to, że był jeńcem wojennym i Japończycy najprawdopodobniej zabrali mu zegarek i kalendarz. W jednym z listów Rose pisze, że w Melbourne zaczyna się robić coraz chłodniej. W innym, że dwaj bracia Lesliego już się ożenili, a żona kolejnego jest w ciąży.

Nie dostała żadnej odpowiedzi, jednak to nie zniechęciło jej do pisania. List wysłany 3 maja 1944 jest bardzo prosty, jednak wyraża tęsknotę i nadzieję. „U nas wszyscy zdrowi. Mam nadzieję, że z tobą też dobrze i że niedługo się do nas odezwiesz.” Do końca 1944 roku wciąż nie było żadnego kontaktu z Lesliem.

Do stycznia 1946 roku, pięć miesięcy po zakończeniu wojny, Rose wciąż nie otrzymała żadnej informacji od wojska, czy jej syn żyje. Cisza miała na nią bardzo niszczący wpływ. W swoim dzienniku Faye pisała, że musiała zaprowadzić swoją 70‑letnią matkę do lekarza, który powiedział im tylko, że „nerwy Rose były w bardzo złym stanie” i przepisał jej jakieś leki.  W czwartek 4 lutego, Rose odbyła już swoją trzecią wizytę u lekarza w ciągu trzech tygodni, jednak on nie przekazał jej wiele więcej oprócz faktu, że na jej ręce wystąpiła „nerwowa wysypka”.

Moja praprababcia, która już od 16 lat była wdową, wciąż czekała i sprawdzała regularnie swoją skrzynkę pocztową. W końcu ciszę przerwał dzwonek do drzwi jej domu. W piątek 10 maja 1946 roku, kiedy mieszkające razem Rose i Faye przygotowywały się na Szabat, usłyszały nagle ten hałas. Faye opisała to wydarzenie w swoim dzienniku.

„O szóstej trzydzieści po południu przyszedł telegram od wojska, które sądziło, że Leslie nie żyje i choć spodziewałyśmy się takich wiadomości, to był to dla nas okropny cios.”

Przez cztery lata Rose czekała w strachu na wiadomości o swoim synu. Jakiś czas później wojsko wysłało jej akt zgonu Lesliego, w którym widniało, że zmarł 4 lutego 1942 roku, razem z listami, które do niego pisała. Miał 35 lat, gdy stracił życie.

Dowiedziałam się potem od brata Lesliego, Lloyda, który miał wtedy prawie sto lat, że Leslie był torturowany i zabity przez Japońskich żołnierzy podczas masakry na plantacji Tol, dość mało znanym wydarzeniu w militarnej historii Australii. Zabito tam ponad sto australijskich żołnierzy.

Zanim zmarł w 2018 roku, Lloyd nieustannie powtarzał mi, jak „silna” była jego matka. „Nie mam pojęcia, jak ona to przetrwała.”

Autor: 
Erica Servini, tłum. Izabela Siekańska
Polub Plportal.pl:

Reklama