Studnia Nieszczęścia. Odwiert który zniszczył 42 domy w centrum miasta

Reklama

czw., 03/21/2019 - 04:45 -- zzz

  W roku 1893 miało miejsce wydarzenie, które zatrwożyło ówczesnych mieszkańców Piły. Sprawiło także, że to niewielkie wówczas miasteczko nad Gwdą stało się sławne w szerokim świecie. Pisano o nim w różnych językach i w odległych krajach. Wszystko to za sprawą jednej studni, która w dziejach naszego miasta uwieczniona została jako "Studnia nieszczęścia" (niem. "Der Unglucksbrunnem").

   Narastające zagrożenie kolejnym nawrotem epidemii cholery, odnotowane w 1892 r. sprawiło, że uważniej zaczęto analizować stan sanitarny pilskich studni. Stosowne badania wykazały bowiem, że wiele z tych publicznych ujęć wody skażonych było licznymi bakteriami. W związku z tym na posiedzeniu w dniu 26 sierpnia 1892 r. władze miejskie Piły zadecydowały o konieczności odwiertu kilku nowych studni artezyjskich. Po krótkiej analizie zapotrzebowania na wodę oraz przewidywanych miejsc jej występowania bez zbędnej zwłoki przystąpiono do wskazania przyszłych odwiertów. Pierwsze z nich zlokalizowano na rogu ulicy Jastrowskiej (obecnie al. Niepodległości), Piekarskiej i Starego Rynku oraz w pobliżu skrzyżowania ulic Małej i Wielkiej Kościelnej (obecnie Placu Zwycięstwa - Al. Piastów).

     

Plan sytuacyjny przedstawiający zasięg katastrofy i jej epicentrum.

 

Całą uwagę i nadzieję na dotarcie do zdrowej wody pitnej skierowano na odwiert w rejonie ulic Małej i Wielkiej Kościelnej. Zadanie to zlecono pilskiemu budowniczemu studni Huthowi, który nie zaniedbując niczego raźnie podjął się realizacji tej prestiżowej dla niego pracy. W miarę pogłębiania otworu zaczęto wpuszczać do niego rury. Jednak wkrótce, zupełnie nieoczekiwanie, poprzez nie na powierzchnię zaczął wydobywać się silny strumień wody zmieszany z piaskiem i gliną. O gwałtowności zjawiska świadczył fakt, że w ciągu minuty przez otwór wypływało aż 3000 litrów. Zaskoczeni takim obrotem sprawy fachowcy próbowali powstrzymać ów wypływ m.in. przez narzucenie na otwór worków z piaskiem, kamieni. Wszystko to jednak okazało się zupełnie nieskuteczne wobec działającego jak wyrzutnia strumienia. Niszczycielska moc obudzonego żywiołu, zaczęła w spokojnej dotąd Pile zataczać coraz szersze kręgi. Nie było więc zaskoczeniem, kiedy w maju 1893 r. stojące w pobliżu odwiertu domy zaczęły niebezpiecznie pękać. Wobec tej sytuacji miejscowy studniarz ustąpił z placu budowy prosząc o pomoc fachowca z Berlina - Blasendorfa. Wkrótce jednak i jego pomysł, polegający na próbie zmniejszenia ciśnienia wypływającej wody przez zastosowanie rur o szerszym przekroju na niewiele się zdał. Domy tymczasem zaczęły grozić zawaleniem. Dotychczasowi mieszkańcy zmuszeni byli do niezwłocznego ich opuszczenia. Pod wpływem nastrojów chwili, winą za przybierające rozmiary katastrofy zdarzenie, zaczęto obarczać pierwszego budowniczego studni - Hutha. Dopiero na najwyższym poziomie wykonana przez wybitnych rzeczoznawców: profesora Franke z Berlina i radcę Köbricha z Schönebeck ekspertyza jednoznacznie oddaliła te zarzuty. Zaproponowano więc kolejną próbę osłabienia ciśnienia strumienia nieustannie wypływającej wody. Tym razem miała ona polegać na wykopaniu pionowego otworu o średnicy 3 metrów wokół dotychczasowego odwiertu. Zamierzano pogłębić go do 9 metrów, gdzie jak prognozowano miał się pojawić stabilny grunt.

     

W skutek katastrofy "Studnia nieszczęścia" kosztowała Piłę 42 zniszczone domy ze 127 mieszkaniami.

 

Zaangażowani do tego celu pracownicy kontynuowali roboty w wykopie tak w dzień jak i w nocy. Postęp ich prac okazał się jednak wielce nie zadawalający. Po dziesięciu dobach swych zmagań zdołali wykopać otwór o głębokości jednego metra i czterdziestu centymetrów. Wobec tego w dniu 26 maja 1893 r. zrezygnowano z tak nieefektywnej pracy. Tymczasem następnego dnia - 27 maja 1893 r. - zasięg zapadającej wokół otworu ziemi zaczął się szybko rozszerzać. W związku z pęknięciami widocznymi na jezdni wstrzymano ruch uliczny w zagrożonej strefie a Straż Pożarna pośpiesznie ewakuowała mieszkańców kolejnych budynków. W każdej chwili spodziewano się najgorszego. Zaczęły też krążyć różne katastroficzne wizje o prawdopodobnej całkowitej zagładzie miasta. Nastroje ulicy podsycała lokalna prasa oraz najbardziej żądni sensacji przyjezdni korespondenci. W pewnej mierze owej panice ulegały także władze miejskie, które strwożone rozmiarami strat nieustannie szukały dalszej pomocy fachowej z zewnątrz. Dość nieoczekiwanie zaproponował ją technik i budowniczy studni Beyer, który miał już na swym koncie wiele udanych wierceń na terenie Poznania oraz w pobliskiej Chodzieży. Człowiek ten był bardzo pewny swego i obiecywał nie tylko ujarzmienie strumienia ale także dostarczenie miastu z owego "nieszczęśliwego" odwiertu zdrowej wody pitnej. Realizując swój plan działania potrafił z powodzeniem dotychczasowe rury o średnicy czterech cali zastąpić ośmiocalowymi a następnie, po dotarciu do głębokości 16 metrów, wypływ wody wreszcie zatrzymać.

 

     

Litografia przedstawiająca "studnię nieszczęścia", wykonana na podstawie fotografii T. Graszyńskiego (ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Pile).

 

Było to 10 czerwca 1893 roku. Całe miasto i władze odetchnęli z wielką ulgą. Jeszcze intensywniej zaczęto myśleć o likwidacji dotąd poniesionych szkód oraz o efektywniejszej pomocy dla poszkodowanych pilan. Odważny studniarz ani myślał o zaniechaniu dalszej pracy. Chciał bowiem zrealizować pozostałą część swej obietnicy. Kontynuował więc wiercenia aż do godzin południowych 15 lipca 1893 roku. Tegoż bowiem dnia o godzinie 13°°, podczas przerwy obiadowej, całe dotychczasowe wyrobisko wraz ze zgromadzonym sprzętem a także ciężkimi szynami i granitowymi płytami w jednej chwili zniknęło w rozpadlinie. Tylko pora, w której to nastąpiło uchroniła przed ofiarami w ludziach. Błyskawicznie postępujące zapadlisko, na jeden metr głębokie, rozszerzało się w kierunku południowym do ówczesnego Placu Wilhelmowskiego (rejonu obecnej ulicy Ossolińskich). W rejonie tym zaczął pojawiać się nieznany dotąd krajobraz katastrofy wywołany rozpadlinami i wypiętrzeniami na jezdni i chodnikach oraz rozsypującymi się budynkami. W obrębie tym uległo zniszczeniu blisko dwadzieścia domów dwu i trzy piętrowych. Do akcji musieli wkroczyć saperzy. Tymczasem 86 zamieszkujących je rodzin w jednej chwili pozostało bez dachu nad głową a często i bez dorobku całego życia. Rozmiary szkód oceniono na blisko milion marek. Tymczasem możliwości uzyskania kredytu na budowę nowych, choćby w innym miejscu, były wyczerpane. Wydarzenie to, jak i jego rozmiary, żywo zainteresowały szerokie kręgi społeczne, które poza ciekawością zaczęły solidarnie pomagać przerażonym pilanom. Fatalnym odwiertem zaczęli z niesłabnącą siłą po raz kolejny zajmować się najlepsi geolodzy niemieccy, wśród których był także prof. dr Jentsch z Królewca. Zaczęto też ponownie snuć najprzeróżniejsze hipotezy co do przyczyn tego zjawiska. Nie gardzono przy tym, w pewnych kręgach, powoływaniem się na przepowiednie. W tej atmosferze domysłów, twierdzeń często bez pokrycia i zwyczajnych plotek aż do 1 września 1893 r. ową "studnię nieszczęścia" pozostawiono w spokoju. Wielu pragnęło jak najszybciej o niej i jej niszczącym działaniu zapomnieć. Na placu boju pozostał jednak niestrudzony i ambitny studniarz Beyer, który nie zważając na wszystko co się wokół sprawy działo, przystąpił do dalszych prac wiertniczych. Kontynuował je przez dwadzieścia wrześniowych dni, to jest do chwili usunięcia zatyczki mocującej czop zatykający rurę. Bowiem kiedy to uczynił, z rury buchnął silny strumień wody i wypłukiwanego przez nią piasku. Wypływ ten zaczęto ujarzmiać kierując go drewnianymi korytami poprowadzonymi przez proboszczowski ogród (obecnie tereny hotelu "Rodło") do Gwdy. W dniu 2 listopada 1893 r. nieopodal odwiertu pojawiło się samoczynnie drugie źródło wypływu, które własnymi siłami wyżłobionym rowkiem wartko kierowało ku rzece uchodzące wody.

     

Kolejne próby opanowania niekontrolowanego wypływu wody ze "studni nieszczęścia".

 

Przerażenie pilan wzmogło się jeszcze bardziej. Tymczasem 11 listopada 1893 r. miało się wydarzyć kolejna niespodzianka. Bo oto wówczas, o godzinie 16°° studnia wraz z całym osprzętem zawaliła się. Lecz i tym razem robotników już tutaj nie było. W tej samej chwili, bez czyjejkolwiek ingerencji wypływ wody gwałtownie ustał. Nad miejscem, które od tylu miesięcy dla pilan roztaczało grozę wywołaną szumem wypływającej wody, nastała cisza. Po trwającym jeszcze przez pewien czas niedowierzaniu stwierdzono, że groźny żywioł ustąpił. Uparty Beyer pracował nadal i zdołał nawet pozyskać z tego miejsca pitną wodę - spełniając tym samym swą obietnicę. Fakt ten jednak nikogo już w tym ciężko doświadczonym mieście nie cieszył. Co więcej, władze miejskie po zasięgnięciu opinii wybitnego znawcy górnictwa Freunda z Berlina, postanowiły w dniu 23 listopada 1893 r. raz na zawsze odstąpić od dalszych prac i ewentualnej eksploatacji owej "studni nieszczęścia". Za jego też radą cały teren zapadliska zaczęto zasypywać piaskiem poczynając od miejsc najbardziej oddalonych ku studni. Epicentrum owej erupcji przykryto pagórkiem siedmiometrowej wysokości. Ze zrozumiałych względów budził on jeszcze przez pewien czas zainteresowanie przyjezdnych. Dopiero pod koniec lata 1894 r. pagórek ów obniżono do wysokości dwóch metrów, i dawniejszy otwór studzienny opasano pierścieniem betonowym jeden metr wysokim, wypełnionym półmetrowej grubości masą betonu. Zdewastowane chodniki naprawiono, ulice wyrównano i wybrukowano a następnie zaczęto wznosić nowe domy. Mogły one być najwyżej jednopiętrowe i posadowione na niezbyt głębokim fundamencie.

     

"Studnia nieszczęścia" uwieczniona na 1 markowym banknocie "zastępczym" wydanym w 1922 r.

 

 

 

Czas płynął szybko dalej i tylko dzięki skrupulatnym notatkom ówczesnego burmistrza pilskiego Wolfa, z których później korzystał miejscowy badacz dziejów - Karl Boese, możemy dzisiaj - po przeszło stu latach od tego wydarzenia - przedstawić ówczesną grozę i rozmiary owej klęski. "Studnia nieszczęścia" kosztowała ostatecznie Piłę 42 zniszczone domy ze 127 mieszkaniami, straty budowlane wycenione na 459.412 marek oraz materialne i dobytku wartego 49.693 marki. Pomoc z zewnątrz osiągnęła kwotę 104.407 marek. "Studnia nieszczęścia" była tak głośnym wydarzeniem, że wieść o niej dotarła na dwór cesarza, który wyraził zainteresowanie tym dziwnym zjawiskiem, które nawiedziło Piłę. Aby zaspokoić ciekawość cesarza Wilhelma II, T. Graszyński (posiadał swoje atelier przy ulicy Wielkiej Kościelnej 6) wykonał serię 10 zdjęć formatu A-4, dołączył plan sytuacyjny, wszystko oprawił w piękny neogotycki album, który wysłał do Berlina. Album ten został wykonany tylko w jednym egzemplarzu, który do 1918 r. był w zbiorach rodziny cesarskiej. Z Niemiec wieść o studni trafiła do prasy francuskiej i angielskiej. Piszący o tym wydarzeniu dziennikarze posługiwali się zdjęciami lub rysunkami, które wykonano na podstawie zdjęć T. Graszyńskiego. Obok jego atelier w Pile końca XIX w. znajdowały się jeszcze dwie pracownie fotograficzne: Oskara Merkela i Antona Sikorskiego. Wydaje się jednak, że to właśnie T. Graszyński miał "monopol" na uwiecznianie tego wydarzenia, gdyż wszystkie znane zdjęcia tej katastrofy pochodzą z jego pracowni.

 

Autor: 
Maciej Długaszewicz
Źródło: 

dawna.pila.pl

Polub Plportal.pl:

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.
1 + 13 =
Rozwiąż proszę powyższe zadanie matematyczne i wprowadź wynik.

Reklama