Byli topieni w kloace, rozszarpywani przez psy, przed śmiercią gwałceni…

Reklama

pon., 04/01/2019 - 07:52 -- zzz

SS-man Maks Ring „chełpił się”, że codziennie przed śniadaniem musi zabić dziesięciu Żydów. Podczas jednej z „zabaw” rozkazał obciąć piersi dwóm czternastoletnim dziewczynkom, a chłopcom pod karą śmierci zlizywać spływającą z nich krew... Zapomniane zbrodnie w malowniczej okolicy.

Najstarszym warszawiakom nazwa Pomiechówek powinna się dobrze kojarzyć. Gmina malowniczo położona nad Wkrą, letników zaczęła ściągać jeszcze przed pierwsza wojną światową. Późniejsza możliwość dojazdu koleją do stolicy czyniła Pomiechówek atrakcyjną miejscowością wypoczynkową.

Położenie i komunikacja były ważne, ale najważniejsze, że II RP odebrała ziemie nadane przez Aleksandra II jego oficerom i przekazała je oficerom polskim. Szczególnie po przewrocie majowym przyznano im wiele działek, na których powstały okazałe wille. A rangę miejsca podnosiła osoba długoletniego premiera, gen. Felicjana Sławoj-Składkowskiego, który miał tutaj swój majątek. 

Wojsko polskie nie tylko wypoczywało w okolicach Pomiechówka. Carska twierdza w Modlinie z lat osiemdziesiątych XIX wieku w II RP utrzymała swoje przeznaczenie. Jej forty pomocnicze, pierścieniowo usytuowane wobec modlińskiego bastionu, również zajmowało wojsko, a Fort III w Pomiechówku był magazynem uzbrojenia. 

W kampanii wrześniowej Modlin wytrzymał długie oblężenie i poddał się wraz z Warszawą. To samo dotyczy pomocniczego Fortu III w Pomiechówku. Początkowo i na krótko Wehrmacht zorganizował tam obóz jeniecki dla obrońców twierdzy modlińskiej. Jakiś czas fort stał pusty by w marcu1941 roku zamienić się w obóz przejściowy dla ludności cywilnej północnego Mazowsza. 

Pomiechówek i okolice to już była Rzesza, rejencja ciechanowska. W Rzeszy mieli mieszkać Niemcy, więc Polaków wysiedlano. Do 1944 roku 25 tysięcy; nie wiadomo jaka część z tej liczby przeszła przez obóz w Pomiechówku.

 

Warunki w obozie przejściowym były nieludzkie, nawet w porównaniu z innymi niemieckimi obozami i więzieniami w Polsce. Więźniowie leżeli na betonie w podziemnych, ciemnych korytarzach, po sto dwadzieścia osób na osiemdziesięciu metrach kwadratowych. W nocy wszyscy spali na boku, na położenie się na wznak nie było miejsca. Na śniadanie przeważnie była kawa zbożowa i trochę spleśniałego chleba, to samo na kolację, a na obiad wodnista zupa ze zgniłej kapusty. 

Pierwsza grupa wysiedleńców miała szczęście. Do czerwca 1941 roku część wypuszczono mówiąc, że mogą iść wszędzie, byle nie na swoje – tam już mieszkali Niemcy. Pozostali pojechali na roboty do Niemiec.

Do oczyszczonego z polskich więźniów fortu od 6 lipca 1941 r. zaczęto sprowadzać Żydów z gett w Nowym Dworze, Płońsku i Siedlcach. Spotkało to Żydów, którzy nie mieli ważnego meldunku w tych miastach. 

Szacuje się, że od kilkuset do dwóch tysięcy Żydów zginęło w Pomiechówku w krótkim czasie sześciu tygodni. Byli wieszani, rozstrzeliwani i topieni w kloacznych dołach. Wyjściu raz dziennie, na około dwie minuty na kapuścianą zupę, z korytarzy pełniących rolę cel towarzyszyło bicie i szczucie psami. Młode kobiety i dziewczęta żydowskie przed zastrzeleniem gwałcono. 

Michał Grynberg w książce zatytułowanej „Żydzi w rejencji ciechanowskiej” wzmiankuje SS-mana Maksa Ringa, znanego z wyjątkowego okrucieństwa. Wobec przyjaciół Ring „chełpił się”, że codziennie przed śniadaniem musi zabić dziesięciu Żydów. Podczas jednej z „zabaw” Maks Ring rozkazał obciąć piersi dwóm czternastoletnim dziewczynkom, a chłopcom pod karą śmierci zlizywać spływającą z nich krew. 

Do bestialstwa strażników niemieckich dokładało się zwyrodnienie mianowanej przez Niemców milicji żydowskiej, której zadaniem było utrzymanie dyscypliny w celach i nie dopuszczenie do szerzenia się chorób zakaźnych. Oddzielali zdrowych od chorych. Chorych nie brakowało i Niemcy ich zabijali, a chorym przekazywanym Niemcom był ten, który się nie mógł opłacić. Wspomnienia tych, którzy przeżyli zdominowała postać Majlocha Hoppelbluma, okrutnego milicjanta, który zanim go Niemcy powiesili, zdążył się znacznie wzbogacić. 

W sierpniu 1941 r. pozostałych przy życiu Żydów Niemcy załadowali na chłopskie furmanki i przewieźli na granicę Generalnego Gubernatorstwa. Na pożegnanie Żydzi musieli skakać przez stertę podpalonej słomy. Do getta warszawskiego dotarło 1200 byłych żydowskich więźniów Pomiechówka. Dwustu pozwolono zostać w getcie w Nowym Dworze Mazowieckim. Najnowsze badania mówią, że w Pomiechówku od 6 lipca do 16 sierpnia 1941 roku więziono 3200 do 4000 Żydów. 

Po usunięciu Żydów z Fortu III w Pomiechówku, Niemcy wykonali tam pewne prace budowlane, adaptujące obiekt na obóz karno-śledczy. Trafiali tam partyzanci, chłopi niewywiązujący się z dostaw żywności, ludność podejrzewana o sprzyjanie podziemiu, okoliczna inteligencja. Mógł tam zostać osadzony także ktoś, kto na ulicy jednego z pobliskich miast nie zszedł z drogi Niemcowi.

 

Jeden z więźniów Władysław Grylak po latach zeznał przed Okręgową Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich w Warszawie: 

„Obóz w Pomiechówku mogę krótko określić jako jedną z największych katowni i najbardziej ohydne miejsce zbrodni, jakie istniało podczas okupacji na trenie III Rzeszy i terenach zagarniętych przez wojska niemieckie. Stwierdzam to z całą odpowiedzialnością. Podczas okupacji przeszedłem aż przez pięć obozów hitlerowskich – Pomiechówek, Oświęcim, Mauthausen, obóz w Jugosławii i Neumark. Katownia w Pomiechówku pod każdym względem była najgorsza. W najbardziej zwyrodniały sposób faszyści niemieccy znęcali się nad więźniami. Więźniów mordowano masowo, bez jakichkolwiek podstaw, w sposób szczególnie wyrafinowany i zwyrodniały. W Pomiechówku było również najgorsze wyżywienie i najgorsze warunki sanitarne”.

 

W obozie w Pomiechówku spędził ponad pół roku – od 6 maja do 17 listopada 1943 roku. Jak zeznał, w Forcie III jednorazowo przebywało około 700 – 800 więźniów. Ich rotacja w obozie była ogromna, a tylko podczas pobytu Władysława Grylaka „hitlerowcy mordowali przeciętnie 30 – 40 więźniów każdego dnia”. 

Na szubienicy długości 19 metrów wieszano jednorazowo po 40 osób. Liczniejsze grupy ludzi rozstrzeliwano z broni maszynowej nad dołami wykopanymi uprzednio przez samych skazanych. Głód i warunki sanitarne dokonywały reszty. Szacuje się, że w Pomiechówku mogło zginąć od 10 do 12 tysięcy ludzi. 

Świadectwo o tym miejscu mogli dać ci więźniowie, którzy zostali przeniesieni do obozów takich, jak Auschwitz czy Mauthausen. Zatem miejsca o najgorszej sławie dawały szansę przeżycia więźniom Pomiechówka, a w samym tym obozie nikt nie doczekał jego końca. 

Na północnym Mazowszu w czasach zaboru rosyjskiego osiedlili się osadnicy niemieccy. Gdy nastała okupacja to oni, okoliczni Volksdeutche, stanowili sporą część załogi obozu. Służyli całymi rodzinami, niektóre nazwiska na liście personelu powtarzają się trzykrotnie. 

Znali więzionych Polaków, często byli ich sąsiadami i – podobnie jak pomiędzy Ukraińcami i Polakami na Wołyniu – dopóki istniało państwo polskie, stosunki pomiędzy narodowościami były poprawne. Okupacja pokazała ich prawdziwy, kultywowany przez pokolenia stosunek do Polaków. Nie ograniczali się do urzędowych, zadekretowanych odgórnie, niejako przemysłowych i mechanicznych morderstw. W to, co robili, byli zaangażowani emocjonalnie. Odwet, nie wiadomo za co, resentyment, poczucie przewagi i panowania powodowały niespotykane w innych obozach okrucieństwo załogi.

Józef Olszewicz, rolnik, który w latach 1941–1944 woził ziemniaki do obozu w Pomiechówku wspominał: 

„W skład załogi obozu wchodził między innymi będący w stopniu podporucznika Jerzy Scherfer. Scherfera znałem z okresu przed wybuchem II wojny światowej, był on mieszkańcem tej samej wsi Nowy Modlin. Widziałem, jak Niemcy jechali bryczką zaprzężoną w dwa konie, do konia była przykuta łańcuchem właścicielka sklepu spożywczego z Kroczewa, Jędrachowa, a do bryczki byli również przykuci łańcuchami: aptekarz z Zakroczymia Kowalewski, nieznany mi zakonnik kapucyn oraz nieznany mi nazwiskiem weterynarz. Osoby przeze mnie wymienione zostały zawiezione do trzeciego fortu, z bryczki zeskoczył Jerzy Scherfer i inny gestapowiec, po czym obaj zaczęli bić po twarzy i po całym ciele gumowym kablem osoby, które były przykute łańcuchami. Pytałem się Jerzego Scherfera, dlaczego biją tę kobietę, którą znałem osobiście. Scherfer odpowiedział mi: «budują Polskę podziemną»”.

 

„Widziałem, jak pewnego dnia przywieziono grupę księży katolickich” – zeznawał po wojnie Feliks Skolasiński: „Wkrótce usłyszałem potworne jęki i ujadania sfory psów. Następnego dnia palono strzępy kapłańskich szat. W każdy piątek palono ludzi na stosie. W inne dni po prostu wieszano, rozstrzeliwano lub oddawano psom”. 

Jak podaje strona forttrzecipomiechowek.org: „Oprawcy wymyślali najróżniejsze tortury. Najczęściej stosowali tzw. stójkę. Polegała ona na związaniu w przegubie rąk, które więzień miał złożone na plecach. Następnie podciągano go do takiej wysokości, na wmurowanych w ścianę kółkach, aby jego stopy nie dotykały ziemi. Kara ta była niesłychanie bolesna, stąd też w jej trakcie więźniowie tracili z bólu przytomność. Na skutek długotrwałego wiszenia na «kółkach» więźniom zrywały się ścięgna ramion. W wyniku tego następowała utrata władzy w rękach. 

Do «kółek» przykuwano też więźniów w celu ich zagłodzenia. Stanisław Walicki, więziony od 17 listopada 1943 do 16 marca 1944 r. opowiadał: «Widziałem jak czternastoletnią dziewczynkę przykuto do kółka w ścianie. (...) Widziałem, że stała ona czternaście dni, aż zmarła». Kółka te do dziś można zobaczyć. Są wmurowane w narożnikach pomieszczeń (dawniej zbiorowych cel) w koszarach szyjowych Fortu”. 

Gdy w 1944 roku ruszyła ofensywa letnia Armii Czerwonej, Niemcy postanowili zatrzeć ślady zbrodni w Pomiechówku. Władysław Nagiel, który wraz z rodzicami mieszkał w czasie okupacji we wsi Stanisławowo znajdującej się w odległości około 300 metrów od zaplecza fortu, opowiadał: 

„Nie pamiętam dokładnej daty, ale chyba w styczniu lub w lutym 1944 r. mieszkańcy Stanisławowa zobaczyli pewnego dnia wieczorem, buchający z terenu fortu trzeciego ogień (...), później ogień przygasł, ale z terenu fortu zaczął się wydobywać duży dym o bardzo przykrym, mdławym zapachu. Dym ten snuł się przez wiele godzin i smród rozlegał się po okolicy. (...) Po tym wydarzeniu rozmawiałem z pracującymi przy wożeniu wody więźniami. Ci więźniowie powiedzieli mi, że na «Górce» fortu zostały spalone zwłoki zamordowanych tam uprzednio przez gestapowców wielu więźniów. Prochy spalonych rozsypywano na całym terenie Fortu”.

 

IPN poszukuje szczątków zamordowanych Polaków

W 1944 roku postępy armii radzieckiej spowodowały konieczność likwidacji obozu. 29 lipca prawie trzystu więźniów doprowadzono do najbliższej stacji kolejowej. Spodziewany pociąg jednak nie nadjechał. Więźniowie wrócili do fortu. Jak po wojnie zeznała jedna z mieszkanek najbliższych okolic fortu: „Pod obozem słyszałyśmy (...) pojedyncze strzały. Strzałów tych było bardzo dużo. Słychać je było niemal bez przerwy od godziny jedenastej do godziny osiemnastej w niedzielę 30 lipca 1944 roku. Strzały te słychać było w bardzo krótkich odstępach czasu, (...) słyszałyśmy ich ponad dwieście”. 

Po masowej egzekucji załoga zniszczyła dokumentację obozu.

30 lipca 1944 zginęło 281 wydawałoby się, że ostatnich więźniów Pomiechówka. Tymczasem armia radziecka zatrzymała się na wiele miesięcy i w Pomiechówku można było ponownie trzymać nowych więźniów. Trafiło tam kilkuset Polaków z okolic Warszawy, którzy przymusowo budowali umocnienia frontowe przed spodziewaną następną ofensywą radziecką. Na przełomie grudnia 1944 i stycznia 1945 obóz został ewakuowany. Los ostatnich więźniów jest nieznany. 

W 1952 roku fort Pomiechówek przejęło wojsko. Nie było badań ani upamiętnień – tajemnica wojskowa. Istnieje uzasadnione przypuszczenie, że po wojnie do 1952 roku w forcie przetrzymywani byli żołnierze wyklęci i osoby z przeszłością w AK. Badacze Instytutu Pamięci Narodowej uważają, że pozostali w okolicy koloniści niemieccy mogli być objęci ochroną UB, potem SB w zamian za wiadome usługi – rodziny strażników z fortu dostały propozycję nie do odrzucenia. Sami strażnicy zniknęli. W latach siedemdziesiątych widywano niekiedy w okolicy samochody z rejestracją RFN, ale o forcie nie mówiło się głośno. 

W 1945 i 1948 roku były na terenie fortu dwie ekshumacje. Miejscowa ludność chciała pochować najbliższych, co niektórym rodzinom się udało i na cmentarzach na północnym Mazowszu są groby więźniów Pomiechówka. 

Pierwsi mieszkańcy okolicznych wsi, gdy weszli do fortu w lutym 1945 roku, zastali taki widok: „Na placu wewnątrz fortu nie było śniegu, tylko żółty piasek. Widoczne były kupki popiołu ze spalonych ciał ludzkich. Prawie na całym placu płytko zakopane były zwłoki ludzkie. W wielu miejscach wystawały z ziemi ręce, nogi, gdzie indziej plecy lub też inne części ubrania”. 

Wchodzili także do wnętrz. „Byłam też w sali o kopulastym suficie. W rogach sufitu pozostały jakieś urządzenia elektryczne. Na środku sufitu odbity krwawy kształt człowieka. W miejscu głowy i pośladków wybite były wklęsłości. Od tego kształtu krwawo brunatnego były ślady ściekającej krwi koloru brunatnego” – zeznała Irena Falkowska-Iglicka, wdowa po żołnierzu AK. 

Po dziesiątkach lat ciszy nad fortem w Pomiechówku w październiku 2018 roku IPN przeprowadził pierwsze prace archeologiczne i ekshumacje. Pierwszy uroczysty pogrzeb odnalezionych szczątków odbył się 15 grudnia. Prace będą kontynuowane. 

Autor: 
KRZYSZTOF ZWOLIŃSKI
Źródło: 

tvp.info

video: 
Polub Plportal.pl:

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.
1 + 5 =
Rozwiąż proszę powyższe zadanie matematyczne i wprowadź wynik.

Reklama