„Myśmy się nie bali śmierci. Baliśmy się sposobu, w jaki umrzemy”. Szokujące relacje ocalałych z rzezi wołyńskiej

Reklama

wt., 07/09/2019 - 22:46 -- zzz

Przed oprawcami nie było ucieczki. Bezlitośnie dźgali ofiary nożami i widłami, rozrąbywali siekierami. Upowcy urządzili Polakom na Wołyniu piekło na ziemi. Jednak nie wszystkich udało im się zabić. Co ocaleni opowiadali o potwornościach, których doświadczyli?

Nawet dziś, niemal 80 lat od tamtych wydarzeń, wspomnienie rzezi wołyńskiej budzi silne emocje. Trauma ocalałych – przeniesiona nieraz także na ich dzieci i wnuki – pozostaje wciąż żywa. W monumentalnej pracy poświęconej tej straszliwej zbrodni Władysław Siemaszko (który sam był świadkiem rzezi wołyńskiej) wraz z córką podkreślali:

Przeżycia związane ze zbrodniami ludobójstwa odcisnęły się głęboko w pamięci i psychice świadków, a w niektórych przypadkach spowodowały tak silny i trwały uraz, połączony ze strachem przed zemstą nacjonalistów ukraińskich do dnia dzisiejszego (!), że niektórzy świadkowie odmówili sporządzenia relacji na piśmie i przekazu ustnego.

 

Świadectwa tych, którzy mimo wszystko zdecydowali się opowiedzieć o swoich doświadczeniach, budzą najprawdziwszą grozę. To właśnie z ich jednostkowych relacji – nie zaś ze statystyk czy drobiazgowych wyliczeń – wyłania się ogrom tragedii, jaka spotkała Polaków mieszkających na Wołyniu. Jak wspominali to piekło na ziemi?

„To jest głowa mojego męża”

Konkretne obrazy wołyńskiej gehenny różnią się szczegółami – nazwiskami ofiar, stopniem okrucieństwa oprawców czy wreszcie liczbą uratowanych z pogromu. Jednak wszyscy, którzy zdołali przeżyć tamten horror, są zgodni co do tego, że w latach 1943–1945 w regionie rozgrywały się iście dantejskie sceny.

Mieszkańcy Wołynia przed 1939 rokiem nawet nie przypuszczali co szykuje dla nich los. Po katordze sowieckiej i niemieckiej okupacji czekało ich piekło ukraińskich rzezi. Relacje tych, którzy je przetrwali, są wstrząsające.

fot.domena publicznaMieszkańcy Wołynia przed 1939 rokiem nawet nie przypuszczali co szykuje dla nich los. Po katordze sowieckiej i niemieckiej okupacji czekało ich piekło ukraińskich rzezi. Działy się wówczas dantejskie sceny.

Piotr Zychowicz w swojej najnowszej książce „Wołyń zdradzony” przywołuje między innymi relację Aleksandra Praduna, który jako chłopiec znalazł się w epicentrum tych tragicznych wydarzeń. Przeżył, bo przeznaczona dla niego kula ominęła jego głowę. Obryzgany krwią, kawałkami kości i strzępkami mózgu innych ofiar leżał bez ruchu i przysłuchiwał się rzezi:

 

(…) leżałem obok mamy. Przytuliła mnie mocno. Potem usłyszałem wystrzały. Pierwszy, drugi, trzeci. Każdy kolejny coraz bliżej… Nagle huk rozległ się tuż obok mnie. Mama drgnęła konwulsyjnie, poczułem krótki, mocny uścisk jej dłoni, a potem nagle jej ciało zwiotczało. Poczułem, że coś lepkiego spływa mi po twarzy.

Świadkiem śmierci własnej matki stała się również Józefa Bryg, wówczas zaledwie sześciolatka. Po latach opowiadała: „Zorientowałam się, że leżę na ziemi, przygnieciona ciałem mamy. Mama miała ręce szeroko rozrzucone na boki. (…) Spod ciała mamy wystawała mi jedna noga. Bałam się zmienić pozycję, bo wydawało mi się, że banderowcy zapamiętali pozycję mojego ciała”.

Dziewczynka przeżyła, udając trupa. Jednak nie był to koniec jej horroru. Osierocona trafiła do domu Polaków, którzy – jak ona – przeżyli rzeź:

W ich domu słyszałam takie rozmowy: «To jest głowa mojego męża». «A to jest ręka mojej siostry». Ci ludzie wyciągnęli ze studni szczątki Polaków pomordowanych przez ukraińskich nacjonalistów. Zwłoki były porąbane na kawałki, zmasakrowane. Ocaleli rozpoznawali części ciała swoich najbliższych.

Z kolei Jan Bławat, który cudem uniknął śmierci podczas masakry ludności polskiej, jaką Ukraińcy urządzili naszym rodakom w trakcie mszy w kościółku nieopodal Porycka 11 lipca1943 roku, wspominał:

Ojciec zginął przy mnie, kulą dostał pod oko, dziadek był ranny w czwartej ławce w kościele. Nie miałem do kogo iść. Dziadek kazał iść do ciotki Helenki, która mieszkała w Porycku. Pobiegłem do niej. Nie mogłem wejść, bo w korytarzu kobieta – miała głowę rozwaloną na połowę siekierą – leżała trupem, i bałem się, że mogą być w środku. Wycofałem się do drewutni, z drewutni oglądałem się tylko, czy ktoś przyjdzie do koni, czy nie przyjdzie. I na całe szczęście [pojawił się] brat.

„Przewiązano jej usta drutem kolczastym”

To, co działo się na Wołyniu, przekroczyło wszelkie granice okrucieństwa. Oprawcy nie mieli litości dla nikogo. Zabijali zarówno dorosłych, jak i dzieci. Kobiety i mężczyzn. Obcych, ale i własnych krewnych. Ludzi, których jedyną „winę” stanowił fakt, że byli Polakami. Piotr Zychowicz w „Wołyniu zdradzonym” relacjonuje:

Ukrainiec strzelił do dziecka – wspominał jeden z ocalałych. – Lat może trzy–cztery. Pocisk zerwał mu czaszkę i to dziecko wstało, a następnie, płacząc, biegało to w jedną, to w drugą stronę z otwartym, pulsującym mózgiem.

Ekshumacja szczątków ofiar rzezi wołyńskiej.

fot.Leon Popek/CC BY-SA 3.0Ekshumacja szczątków ofiar rzezi wołyńskiej.

Podobne zbrodnie były na Wołyniu w tych mrocznych latach na porządku dziennym. Mirosław Łoziński, który jako nastolatek wstąpił do partyzanckiej 4 Kompanii dowodzonej przez Tadeusza Wojnickiego „Groma”, by bronić rodzinnego Przebraża przed kolejnymi atakami UPA, wspominał:

Opowiadał mi Baltazar Trybulski, że wraz z bratem czuwał w nocy przy zabudowaniach (…). Nie zauważyli jednak grupy upowców, którzy wtargnęli na podwórko, a później do chałupy. (…) Z przerażeniem patrzyli, jak upowcy wyciągnęli z domu jego żonę i dwóch synków.

Najpierw o ściany domów porozbijali głowy chłopczyków. Później przystąpiono do zarzynania żony Trybulskiego. By nie krzyczała, przewiązano jej usta drutem kolczastym.

Zazwyczaj upowcy atakowali nocą, żeby zaskoczyć ofiary we śnie. Jak bez ogródek stwierdził Roman Domański, który w tamtych krytycznych dniach toczył z kolegami walki z Ukraińcami: „To straszni tchórze i hołota. Mordując bezbronnych, byli bohaterami. Gdy napotkali opór, uciekali, gdzie pieprz rośnie, machając rękami. Mówiliśmy wtedy, że «rąbią wiatrak»”.

Chór kościelny z Ostrówki. 30 sierpnia 1943 roku upowcy dokonali eksterminacji tej wołyńskiej wsi (zdj. stanowi fragment wystawy poświęconej rzezi wołyńskiej z Sanoka).

fot.Silar/CC BY-SA 3.0fot.Silar/CC BY-SA 3.0Chór kościelny z Ostrówki. 30 sierpnia 1943 roku upowcy dokonali eksterminacji tej wołyńskiej wsi (zdj. stanowi fragment wystawy poświęconej rzezi wołyńskiej z Sanoka).

Niekiedy do tragedii całych rodzin dochodziło podczas gorączkowych prób ucieczki. Świadkiem i uczestnikiem takiego dramatu stał się Henryk Kloc, którego relację przytacza w „Wołyniu zdradzonym” Piotr Zychowicz. Sam Henryk mógł mówić o wielkim „szczęściu” – ocalał, udając martwego, pomimo odniesionych ran. Jego sąsiadom fortuna jednak nie sprzyjała:

Obok mnie leżała Maria Jesionek. (…) Ona także wyskoczyła z płonącego budynku. Trafiona kulą leżała martwa. Padając, przygniotła niemowlę i udusiła je swoim ciężarem. Jej syn Janek również został zastrzelony. Leżał obok niej z przestrzeloną głową.

„Boże, żeby zabił, a nie ranił”

Ale to nie śmierci najbardziej obawiali się Polacy metodycznie wyrzynani przez ukraińskich nacjonalistów w trakcie pogromu. Urodzona w 1932 roku w Trościance na Wołyniu Maria Berny, była senator RP, po latach wyznała:

Myśmy się wtedy nie bali śmierci. Baliśmy się mordu, sposobu, w jaki umrzemy. Rodzice się przygotowali. Mama miała małą siekierę; pamiętam, z żółtym trzonkiem. Ojciec – pistolet z dwiema kulami.

Zaplanowali, że gdy przyjdą mordercy, tata nas zastrzeli. Mama i ja dostaniemy prawo do godnej śmierci. Nie wiem, jak ojciec sobie wyobrażał własną. Nie wszyscy mieli broń i taką możliwość, jak my.

Artykuł powstał m.in. w oparciu o najnowszą książkę Piotra Zychowicza „Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Rebis.

fot.materiały promocyjneArtykuł powstał m.in. w oparciu o najnowszą książkę Piotra Zychowicza „Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Rebis.

Ci, którym nie dana była łaska szybkiej i bezbolesnej śmierci z własnej ręki, zostali zdani na upowców i opatrzność. Jedna z ocalałych z pogromu wsi Ostrówki, którą kureń Ukraińskiej Powstańczej Armii dowodzony przez Iwana Kłymczaka „Łysego” napadł 30 sierpnia 1943 roku, Janina Martosińska, wspominała już po wojnie: „Modliłam się w duchu: «Boże, żeby zabił, a nie ranił». Jednak oprawca chybił – ranna kobieta przeżyła.

Jak zauważa Maria Fredro-Boniecka, jeszcze długie dekady po tym, jak na spalone polskie wioski na Wołyniu opadł popiół, a większość sprawców tych okrutnych zbrodni dawno już nie żyła, postawy ocalałych były skrajnie różne:

Jedni nadal noszą w sobie strach, nie potrafią wyzbyć się nienawiści, drudzy szukają zbliżenia, konfrontacji, chłodnej oceny, inni potrzebują wybaczyć dawnym oprawcom, a są tacy, którzy milczą i odcinają się od tamtych wydarzeń – nie chcą pamiętać.

Ale czy o piekle bestialskiego ludobójstwa, jakiego dopuścili się ukraińscy nacjonaliści na Polakach, da się w ogóle zapomnieć?

 

Bibliografia:

  1. Fredro-Boniecka M., Wołyń. Siła traumy, W.A.B. 2016.
  2. Herbich A., Dziewczyny z Wołynia, Znak Horyzont 2018.
  3. Koprowski M. A., Wołyń. Wspomnienia ocalałych, t. 1, Replika 2016.
  4. Koprowski M. A., Wołyń. Wspomnienia ocalałych, t. 2, Replika 2016.
  5. Motyka G., Wołyń ’43, Wydawnictwo Literackie 2016.
  6. Siemaszko W., Siemaszko E., Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939–1945, t. 1, Wydawnictwo von borowiecky 2018.
  7. Zychowicz P., Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA, REBIS 2019.
Autor: 
Maria Procner
Źródło: 

ciekawostkihistoryczne.pl

Dział: 
Polub Plportal.pl:

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.
15 + 2 =
Rozwiąż proszę powyższe zadanie matematyczne i wprowadź wynik.

Reklama